Z pełnym bagażnikim tobołków ląduję na marinie koło Kamienia na Bełdanach. Pierwsze wrażenie makabryczne - woda koloru zupy pomidorowej, ośrodek wyglada dokładnie tak, jak 30 lat temu. W knajpce sympatyczne żuliki dopraszają się o chwilkę rozmowy. Klimaty z okresu komuny. I to co najbardziej rzuca się w oczy - nie ma ludzi. Pusto. Straszne PTTK-owskie domki typu kurna buda stoją puste, knajpa jest pusta, marina też. Niespecjalnie mi to przeszkadza, ale od lat znam szefostwo Kamienia i wiem, że to dla nich tragedia.
Voit, szczelnie zapakowany w kamizelkę ratunkową, z kapilindrem ze znaczkiem Kamienia na głowie wędruje na łajbę. Cały szczęśliwy. Nareszcie chwila wolnego.
Pogoda taka akurat - trochę popaduje, jest w miarę ciepło. Ja - jako naczelny zmarzluch którejś tam Rzeczpospolitej - w szczelnie zapiętym ciepłym polarze przyglądam się naszemu Kapitanowi. Mimo licznych prób nigdy nie złapałam bakcyla i łajby raczej nie robią na mnie wrażenia. Zawsze uwielbiałam góry, jeziora traktuję trochę jak zło konieczne, ktore zmusza do karkołomnych objazdów. Na szczęście w ostatniej chwili zapakowałam wędkę - o tak, ryby mogę łowić do imentu...
Kapitan skacze po łajbie z jakimiś tajemniczymi sznurkami w garści. Mimo swojej imponującej postury porusza się jak baletmistrz, celowo, bez niepotrzebnych ruchów i gestów. Oszczędnie. Miło na to patrzeć. Lubię ludzi z pasją, wkurzają mnie ci, którzy nie mają tego "drugiego zycia" - sierozni, poukładani, tacy z zaplanowaną każdą godziną. To musi być straszne...
Piewrsza noc mija bez problemów - nie sprawdziły się Hiobowe wieści i nie pada. No, może troszkę. Brzeg Bełdanów dokumentnie obsrany i opstrzony kawałkami papieru toaletowego. Szlag może człowieka trafić - czy wy nie macie jakiejś saperki?! Koło nas parkuje łajba z młodymi ludźmi na pokładzie Nieco przyhacza o drzewa, staje bokiem. "Czarter bez patentu, teraz wiesz, co to jest - mruczy Kapitan, przyglądając sie dziwnym manewrom sąsiadów. Patrząc na baletowe popisy naszego Kapitana zaczynam łapać w czym rzecz.
Ryby biorą jak głupie. Z białymi robakami i karimatsu szóstką zaczajam sie raczej na uklejki niż na szczupaka. Ale fajnie... Kapitan zbiera małże - szczeżuje chyba - do wiaderka. Świetnie to wyglada, bo Kapitan grzebie w piasku i wyciąga przyszły obiad pełnymi garściami. Będzie wyżerka.
Dziwne, ale jakoś kompletnie nie interesuje mnie, co się dzieje poza ograniczonym pokładem. Pewnie jakieś klęski żywiołowe, może ktoś czymś kogoś gdzieś zażyna, a ja mam to w dupie. Kurczę, ale mi dobrze...
Voit dostał od Kapitana procę i kilka kilo kamieni. Wali po okolicznych chaszczach i buzia mu się śmieje. Jest coraz lepszy - wali już kilka metrów od lajby. Wreszcie wynosimy go na brzeg i... łups! Maluch wyladował łbem w wodzie. Ryk umiarkowany, ale ja spanikowana poleciałam po śliskich deskach pokładu i zdrowo przygrzmociłam się w nogę. Kapitan był szybszy - wyciągnął mojego syna na poklad, mokrego i całkiem zadowolonego z życia. Siniaka mam ślicznego - od kolana po dupsko. Trudno, przeżyję.
Szczeżuje okazują się pyszne. Przydaloby sie białe wytrawne, ale ograniczamy sie do piwa i czegoś dziwnego z pływajacą papryczką. Pycha, Kapitanie, ale następnym razem poproszę o dwie w butelce. Pod łajbe porzypływa rodzina żebrzących łabedzi i nachalnie dopomina się o chlebek. Dostają, ale mimo wpakowania w ptasie żoładki póltorej bochenka i tak obrywam dziobem po nodze. W krzunach, pod zwalonym drzewem pływają sobie dwie kaczki - jedna mała, z zacięciem do nurkowania, druga większa, z błekitnymi oczyma. Ta druga chyba jest sztuczna, bo w ogóle się nie rusza, tylko spokonie dryfuje.
Co i rusz porzepływa jakaś łajba na motorze. Kiwa jak cholera, czasami wymienia ją statek floty Fareja. Cholera, ryby mi płoszą.
Boże, gdzieś tam mejle na które nie odpowiedziałam, Urząd Skarbowy i moja praca na kilku etatach, a tu spokój... Przez te kilka chwil zdaję się w pełni na naszego Kapitana, nie muszę o niczym decydować, nie muszę, nie muszę...
Voit jest zachwycony. Kiwa, chlupocze, nie trzeba myć zębow i w ogole niczego nie trzeba. Chwila nieusprawiedliwonej wolności bez tłumaczeń.
Wtulam sie w Kapitana i jest mi dobrze, spokojnie, bezpiecznie. Fajnie jest tak komus ufać. Oj, Kapitanie...
Wracamy. Coś się kończy, coś się zaczyna.
Wieczorem w domu proza życia - mejle do odpisania, jakieś paczki do galerii, kolejny tekst dla kolejnego pseudopolityka do napisania (tak, tak - to co część z nich mówi, piszą takie ludki jak ja...) , jakiś korekty... Tu zepsuła się kosiara, świeżo odebrana z serwisu, tam zatkała się rynna.
Jeszcze chwilę, zaraz się tym zajmę.
Dziękuję, Kapitanie. To był fajny czas.
Idę odtykać rynnę.

***
Synku, byłeś świetny. Jestem z Ciebie dumna.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)