Telefony o 6 rano są zazwyczaj złowieszcze. O tej porze nie wstaję z zasady i na dźwięk dzwonka reaguję agresywnie.
- Świnię chcesz!? - wrzasnął jakiś znany mi, zdesperowany żeński głos - Weź to pieprzone zwierzę ode mnie! Przywiozę cholerę, ale zabierz ją!!!
Nie chcę świni. Ani o 6 rano, ani w ogóle o jakiejkolwiek godzinie. Nie mam podejścia do świń.
- Ty, no weź, cholera. Ziemię masz, przyda ci się. Ona żre wszystko jak głupia. No i milutka jest taka. Ogon ma i uszy też. No i ryjek - "Powiedz, że ona sie uśmiecha - dopowiadał w tle niemniej zdesperowany głos, tym razem męski - O! Ona się ślicznie uśmiecha! Taka milusia jest! Weź, no co ci świnia przeszkadza?! I ma takie oczka.... Oż, kur... Trochę gryzie, ale to pieszczotliwie ("Mamy plaster jakiś?") Ona jest kobietą chyba. Będziesz miała małe świnki...
- Nie chcę żadnej świni!
- Nie wygłupiaj się, co ja na Ursynowie ze świnią zrobię?
- A po cholerę ją brałaś?
- Wcale jej nie brałam! Wygrałam na Kaszubach na loterii fantowej. Nadłożymy trochę drogi i ci ją podrzucimy. Mała jest, możesz ją w domu trzymać.
O rany... Jeszcze mi swini (małej) w domu brakowało.
- Wiesz co? My właściwie jesteśmy tuż koło ciebie, to wpadniemy niezobowiązująco. Zobaczysz - zakochasz się w niej. To co? Może otwórz bramę, co będziemy na drodze stali?
Moja najlepsza przyjaciółka, którą znam od podstawówki, władowała mi sie na podwórko objuczona kupą tobołów wysypujących się z samochodu, trójką dzieci i aktualnym mężem, wygladającym na nieco przytłamszonego. Całości dopełniał niemiłosiernie szczekający maltańczyk z kokardką i średniej wielkości prosiak, jakiś nietypowy - jakby nieco włochaty z uszami w spaniela i dziwnie zadartym ryjem. Ogon też miał podejrzany. Najgorszą miała mordę - wyjatkowo antypatyczną. Do tego jak na świnię była wyjątkowo czarna.
- Wygląda świniakowato, ale...
- Mówię ci, że to swinia. Słuchaj, przecież na Paluch jej nie oddam, bo mnie w kaftanie wywiozą.
- Może na pieczyste ją przerób?
- Dużo masz takich dobrych pomysłów?! Zostanie u ciebie i sama ją sobie przerabiaj. O - popatrz jak się zadomowiła! - wstrętne zwierzątko chrumkając mało przyjaźnie usiłowało nastraszyć Jeżowatego, który na widok dziwnego czworonoga osłupiał i nawet przestał ujadać. Maltańczyk dumnie nie wylazł z samochodu.
-Wiesz co? Trochę się spieszymy. To co? Podoba ci się? No, to my zmykamy - moja przyjaciółka nad podziw wprawnie wepchnęła dzieci i małżonka do samochodu i zanim zdążyłam coś powiedzieć zostawiła mnie ze świnią na podwórku.
Swiniak łaził po ogrodzie, wtranżalając zielone papierówki, które opadły z jabłonki, moja matka zdecydowanie odmówiła jakichkolwiek kontaktów ze zwierzęciem, a ja tradycyjnie zawisłam na telefonie. Po kilkunastu rozpaczliwych prośbach o zabranie świniaka za darmochę, z dostawą na miejsce, wreszcie ulitowała się znajoma, prowadząca agroturystykę. Przyjechała do domu i dostała kolki ze śmiechu:
-Ty, to miniatura! No nie wiem, tajska, japońska, czy coś w tym guście. Zjeść chyba się da, ale szkoda... Dawaj. Może mini zoo założymy.
Świnia pojechała sobie, a ja na jakimś forum znalazłam coś, co ją przypomina. Wyglądała tak, tylko była mniej pofałdowana i chyba znacznie mniejsza:

Musicie przyznać, że uroda powala na kolana. Chyba sobie zrobię z nią kubek... Przynajmniej nikt mi go nie ukradnie.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)