Przeczytałam niedawno o człowieku, ktory przez kilkanaście lat budował w sercu syberyjskiej tajgi łódź. Całe życie marzył o pływaniu, wreszcie, kiedy już razem z żoną odchował dzieci, spełnia swoje marzenie. Łódź buduje sam, jeszcze czeka go przeprawa przez 40 kilometrów gęstej puszczy i wodowanie na Bajkale. Potem wiatr w żagle...
Zamyśliłam się nad tym człowiekiem, tak dalekim, a tak mi bliskim. Jestem z nim całym sercem, wierzę, że mu się uda.
Znam wielu Bożych Szaleńców. Mam do nich dziwne szczęście. Jeden z moich bardzo bliskich przyajciół kiedy tylko może, odrywa się od komputera i pisania kolejnych programów i ucieka w góry. Jeśli nie może - choćby na skałki w Podlesice. Kolejny lata szybowcem. Wyjeżdża i pewnie nikt, kto by go spotkał, nie powiedziałby, że ten człowiek zajmuje się sprzedażą używanych samochodów. Tam, w górze, staje się wolny. Kompletnie. Kolejny mój przyjaciel ratuje od zapomnienia stare samoloty - godzinami składa, skręca, szuka w stodołach części. Wreszcie powstaje Bies i wznosi się w przestworza. O lataniu i samolotach może opowiadać bez końca. Jest zresztą z zawodu znakomitym konstruktorem lotniczym.
Moja przyjaciółka - z zawodu księgowa - całe zycie marzyła o podróżach. Spełniło się kiedy poszła na wcześniejszą emeryturę - sprzedała działkę, kupiła kampinobus. Ostatnio dostałam od niej kartkę z Hiszpanii. Do Polski wraca na Gwiazdkę i Wielkanoc. Kolejna moja psiapsióła skończyła dobre studia, miała świetną pracę w banku. Pewnego dnia rzuciła wszystko i zabrała się za jedyną zyciową pasję - hodowlę koni. Zawsze je uwielbiała, świetnie się na nich zna. Teraz mieszka w Irlandii, na dziwnej, wietrznej farmie i jest szczęśliwym człowiekiem, chociaż czasami brakuje na prąd, o jedzeniu nie wspominając.
Ale nie o nich chciałam mówić, chociaż każde z nich jest warte oddzielnego postu. Chciałam Wam opowiedzieć o człowieku, który buduje jacht.
Cisza, spokój i szum wiatru. Wolność... Las wokół, piasek na brzegu, kiczowaty zachód słońca. Gdzieś daleko zostają kłopoty, zrzędzenia, pretensje. To warte wszystkiego. Czegóż chcieć więcej? Może własnego pokładu pod nogami?
Skorupa już jest. Pusta póki co, ale są już plany i wizje, jak to będzie wygladać. Dostaję dziwne wiadomości o deskach, które są do czegoś tam niezbędne, a zaraz potem o watpliwościach, czy w ogóle cała ta zabawa jest do czegos potrzebna. Potem znowu entuzjazm i znowu dół. Amplituda przewidywalna aż do bólu. Nie widziałam przybycia skorupy na miejsce tymczasowego postoju, ale znając jej właściciela, podejrzewa, że zakutany w śpiwór spędził w niej noc pod gwiazdami, targany najprzeróżniejszymi watpliwościami przeplatanymi euforycznymi pomysłami.
Poczytałam sobie o człowieku z tajgi i pomyślałam, ze wokół jest tylu fantastycznych Bożych Szaleńców. Pomyślałam sobie, ze czasami trzeba dać się ponieść szaleństwu, żeby móc normalnie żyć. Tylko co potem? Co będzie, kiedy marzenia się już spełnią? Marzenia, które się spełnią, przestają być marzeniami. Można szukać następnych... Chociaż niekoniecznie - Boży Szaleńcy mają to do siebie, że marzenia same do nich przychodzą. O ile nie pożre ich szara rzeczywistość.
Co przypomniało mi, że jutro muszę być w kilkunastu urzędach, że wylałam na pysk księgową, że muszę donieść jakieś faktury... Ale nic to - mam moją wymarzoną galerię na końcu świata i jest mi z tym dobrze. W przyszłym roku wyremontuje warsztat. A co! Jeszcze nie wiem za co, ale wyremontuję. I przeniosę galerię tam. O ile urzednicy mnie nie zagryzą....


Komentarze
Pokaż komentarze (19)