Voit Voit
68
BLOG

Życzenia

Voit Voit Rozmaitości Obserwuj notkę 4

W naszej okolicy jest dwóch weterynarzy -  jeden mieszka na wsi, w przedziwnym, kompletnie zapuszczonym gospodarstwie, drugi w miasteczku, w poniemieckiej willi z ogrodem. Za pierwszym przyznam się szczerze -  nie przepadam, w drugim zakochałam sie po uszy. 

Pan Edmund ma siwe włosy i wiecznie śmiejące się oczy. Leczy nasze zwierzaki od zawsze - przyjezdża, czasami w środku nocy, daje zastrzyki, opatruje łapy, szczepi, a często wpada zupełnie towarzysko, zeby pogadać. Zwierzaki go uwielbiają i ku mojemu zaskoczeniu wydają się nie pamiętać bolesnych zabiegów, które kiedyś im serwował.

Kiedy trzy lata temu wprowadziłam się na Mazury, razem ze mną przyjechały alaskanka Luna i maleńki, rudy kundelek ze złamanym kręgosłupem, jezdzący na wozku inwalidzkim, imieniem Misia. Misia na wózeczku poruszała sie nad podziw sprawnie, biorąc ostre wiraze i zawzięcie obszczekując kazdego, kto zblizył się do płotu. Miała nawet na swoim koncie wyszarpaną dziurę w nogawce naszego listonosza.

Pies, który nie może się samodzielnie poruszać, to wyzwanie nie tylko dla właściciela, ale tez dla weterynarza. Pan Edmund często wpadał, niby przypadkiem, zeby zerknąć na Miśkę.  Pewniego dnia pies cięzko zachorował. 8 lat wspólnego zycia dobiegało kresu. Wiedziałam o tym ja, wiedziała Misia i wiedział Pan Edmund. Nie robił ze mnie wariata, nie wymuszał jakiś koszmarnie drogich i pozbawionych sensu kuracji. Uznaliśmy, ze najlepszym rowiązaniem jest uśpienie. 

Misia zasnęła na moich kolanach, a my oboje płakaliśmy jak bobry. Oboje czuliśmy się przegrani.

W naszym domu jest taki zwyczaj, ze kiedy odchodzi jakieś zwierzę, bierzemy na jego miejsce następne. Wojtek koszmarnie przezył odejście psa, z którym się wychowywał, więc zadzwoniłam do schroniska w Białej Piskiej w celu wyszukania jakiegoś psiego nieszczęścia. Następnego dnia pan ze schroniska za sowitą opłatą przywiózł mi szczeniaka foxa -  tricolor, szorstkowłosy.  Pies wygladał makabrycznie, ale miałam go już na rękach i uznałam, ze bez walki się nie poddam. Pan Edmund na widok psiaka załamał ręce. Koszmar, to mało powiedziane. Pies był koszmarnie niedożywiony, odwodniony, mieliśmy pewne podejrzenia, że ma nosówkę. Jestem nienormalna i jeszcze nie udało mi się trafić na psa kompletnie zdrowego - zazwyczaj są to jakieś nieprawdopodobne nieszczęścia.  Ten jednak mnie przerósł. Walczyliśmy o psie życie 10 dni. W końcu psiak się poddał.

Pojechałam do Pana Edmunda uregulowac rachunek. Wziął mnie do swojego gabinetu, gdzie jakieś zabytkowe instrumenty sąsiadują z nowoczesnym stołem operacyjnym, wyciągnął whiski i posadził mnie w jednym z zapadniętych foteli. Z namaszczeniem wysączyliśmy szklaneczki.

- Mam coś dla ciebie -  powiedział Pan Edmund - A pieniądze schowaj i to już! Musimy tylko poczekać.   

Czekaliśmy, wysączając kolejne szklaneczki, aż u do gabinetu weszła zazywna jejmość z czymś ukrytym między pokaźnymi biustem. Najpierw pokazały się rude uszy, ogromnej wielkości, jakby nietoperza, potem oczy wielkości pięciozłotówek i ruchliwy nosek. Dalej pojawiło się niesamowicie grube ciałko i szczotkowaty ogonek. Całość pokryta była sierścią, jakby kolczastą, choć to brzmi dziwnie. Ogólnie zwierzę wyglądało... jeżowato. 

- Piesek - oznajmiła jejmość -  16 się urodziło! Pan doktór przyjmował i mówił, ze tylu to jeszcze nie widział! I wsie przezyły! Ostatni mi został, bo pan doktor je zasiedlił. I tu ma jeszcze kankę z mlikiem, bo doktór mówił, ze syna macie, a dziecku mlika normalnego trzeba, a nie tego w papierze!

Pani wepchnęła mi w objęcia dziwne zwierzę i kankę, poinstruowała mnie, gdzie mam odstawić opakowanie po mleku i wypadła podejrzanie szybko. Zostałam z koszmarkiem na rękach. Zwierz uznał, ze jestem świetnym materiałem do obsiusiania, obgryzienia i obślinienia. W końcu zasnął i jakoś bez strat własnych udało się go dotransportować do domu. 

Mama w psiaku zakochała się natychmiast, a mój syn na jego widok wrzasnął inteligentnie: Jezowaty! -  i tak już zostało. 

Pies miał spać w pokoju rodziców, w koszyczku. Koszyczek pierwszej nocy zamienił się w stertę połamanych gałazek, łupem koszmarka padły nogi od foteli i kołdra mamy. Rano czuję, ze coś po mnie łazi -  Jezowaty postanowił zmienić sypialnie. 

Jakoś tego samego dni jedna z moich dwóch identycznych kotek postanowiła obdarzyć mnie potomstwem. Oczywiście urodziła koty na mojej poduszce i sobie poszła. na koty mieliśmy chętnych, więc postanowiliśmy, że wyeksmitujemy szczęśliwą mamusię z potomstwem do warsztatu. Przez całty dzień trwała zabawa w koty: ja odnosiłam, Kota przynosiła. I tak w kółko. Wreszcie załadowałam towarzystwo do kartonu i postawiłam w kącie mojego pokoju. 

Rano psa nie było. Kotów też. Po krótkim poszukiwaniu znalazłam wszystkich na legowisku Luny, czule wrzepionych w bujną psią sierść. Wśród futer znalazłam mojego śpiącego syna, obejmującego ogromnego alaskna za szyję.   

Następne dni wygladały tak samo -  środkiem podwórka szła dostojnie Luna, mały pies obgryzał jej łapy. Po kilku tygodniach dołaczyły do tych spacerów małe koty, a po jakimś czasie nasze codzienne wędrówki po okolicznych polach zamieniły się w codzienne widowisko dla sąsiadów i tubylców -  Luna, Kota Mała i Kota Duza (mama i siostra kociaków) i trzy identyczne małe koty, a za nimi ja z Wojtkiem. Przez drogę młodziez przenosiłam w podołku, zeby pod coś nie wpadły. 

Koty w końcu poszły do nowych domów i sytuacja w miarę się unormowała. Jezowaty rósł i coraz mniej przypominał jeza, a zaczął jakby skrzyzowanie jamnika ze świnką morską. Imię oczywiście pozostało. Pan Edmund wpadał do nas, zeby pogadać i był szalenie z Jezowatego dumny. Strasznie lubię te wizyty, bo Pan Edmund zawsze przynosi ze sobą miejscowe plotki.

A teraz najwazniejsze-  Panie Edmundzie, wiem, ze czyta Pan mojego bloga. Szalenie się z tego cieszę. To dla mnie zaszczyt. Dzisiaj kończy Pan 72 lata. Tak, tak, wypomnę to Panu, a co! Najlepszego, Panie Edmundzie. Wiem, powie mi Pan, ze powinnam tego zyczyć Pana pacjentom, ale oni, mając takiego doktora jak Pan mają to, co najlepsze. Mniej nocnych wizyt, więcej spokoju, lepszych leków, tego rentgena i lampy bezcieniowej, które Pan sobie upatrzył i  wszystkiego, co Panu tylko wpadnie do głowy. 

A! Z łapą Luny jest duzo lepiej.  

 

 

Voit
O mnie Voit

Kogo banuję - przede wszystkim chamów, nudziarzy, domorosłych psychologów i detektywów-amatorów. To mój blog i to ja decyduję, kto tu będzie komentował. Powinnam to zrobić dawno, teraz zabieram się za porządki. Dyskusja - proszę bardzo, może być na wysokich tonach, ale chamstwo i nudziarstwo zdecydowanie nie. Anka Grzybowska Utwórz swoją wizytówkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości