Voit Voit
78
BLOG

Jak utrudnić sobie życie.

Voit Voit Rozmaitości Obserwuj notkę 5

 Życie można sobie utrudnić na różne sposoby -  można prowadzić galerię i użerać się z artystami. Można pisać bloga na Salonie 24 i obrywać za to po uszach. Można zafundować sobie wrednego pracodawcę, albo głupią księgową. Każdy z nas ma jakiś swój sposób na to, żeby nie żyć spokojnie.  Ten, o którym chcę napisać, wymaga przede wszystkim sporej ilości kasy, albo zaprzyjaźnionego prezesa banku. 

Należy zacząć od kupna kartofliska na Mazurach i zbudowania domu z prefabrykatów. Dom należy na maksa udziwnić,  otoczyć go ogrodem w stylu japońskim i przystąpić do utrudniania sobie życia. 
W tym celu należy ściągnąć ekipę, która zainstaluje dziwną konsolę, przypominającą stół mikserski. Konsolę najlepiej ustawić w piwnicy, do której prowadzą pionowe schodki. Potem pójdzie łatwiej. 
 
Zraszacze w ogrodzie, które plują wodą z siła armatki wodnej, samobieżny odkurzacz, lodówka wielkości szafy z kostkarką do lodu i wyświetlającymi się informacjami, że brakuje coca-coli, robot kuchenny z tysiącem części, płyta do kuchni -  koniecznie indukcyjna, z termometrami, liczeniem kalorii i migającymi światełkami, potrójny piekarnik z mnóstwem dodatków, młynek do zlewu zjadający sztućce, podłoga w kuchni z surowej cegły, kosiarka na fotokomórkę, automatyczne drzwi do garażu... wszelkie urządzenia należy podłączyć do konsoli i w ten sposób stać się właścicielem „domu inteligentnego”.
 
Po zainstalowaniu wszelkich dziwadeł należy czym prędzej czmychnąć, a klucze od domu oddać komuś z rodziny, nie uprzedzając go o atrakcjach. 
 
Zaczyna się od placków -  olej wylał się na ceglaną podłogę i wsiąkł, zostawiając po sobie ogromną, niezmywalną, tłusta plamę. Płyta indukcyjna wprawdzie daje się włączyć, ale zamiast grzać, liczy kalorie i wyje dziwnie. Żadnego z piekarników nie da się użyć, bo ilość funkcji przerasta możliwości przeciętnego człowieka, poza tym draństwo gada coś w jakimś języku -  chyba z rodziny ugrofińskich -  a nie da się nastawić żadnego innego, bo nikt nie wie, jak w tym języku brzmi fraza „zmień język”. Instrukcja wprawdzie jest, ale nic nie daje, bo była pisana przez jakiegoś wariata, który rzeczonego piekarnika najprawdopodobniej nigdy na oczy nie widział.
 
Lodówka żąda coca-coli i serów. Ma gdzieś, że serów nie ma, a coca-coli nikt nie pije. Chce i koniec. Wyprawa do konsoli w piwnicy okazuje się bezsensem, bo cholerstwo jest niezwykle skomplikowane i pewnie do czegoś służy, ale nie wiadomo do czego. Symbol przypominający lodówkę udaje się odnaleźć, ale po wciśnięciu guziczka lodówka zaczyna sapać, prychać i produkować masowo lód w kostkach, który zaczyna wypadać na ceglaną podłogę, powodując jeszcze większy bajzel i zamieszanie. Lodówki nie udaje się wyłączyć, kostkarki też -  ekipa nie zainstalowała gniazdka, tylko podłączyła szafę bezpośrednio do instalacji. Kolejna wyprawa do piwnicy daje to, ze włączają się zraszacze do trawy, waląc na wszystkie strony biczami wody pod ciśnieniem kilku atmosfer. Krzewki i krzewinki z japońskiego ogrodu zostają natychmiast wypłukane, trawa wygląda jak po przejściu stada dzików. Poza tym nie da się wyjść z domu, bo zraszacza walą po drzwiach i oknach. Kolejny zjazd po pionowych schodkach do piwnicy kończy się głuchym łomotem i łupnięciem o kamienną podłogę. Smaczku sprawie dodaje fakt, że wszyscy wkoło są dokumentnie przemoczeni wodą ze zraszaczy, więc ślizgają się w dziwnych pląsach po marmurowych płytkach w korytarzu, a nikt nie jest na tyle odważny, żeby włączyć suszarką do bielizny i spróbować chociaż dosuszyć ciuchy. 
 
W tym czasie świra dostaje odkurzacz, który wypełza samoistnie z jakiegoś kąta i zaczyna taczać się po domu. Na zewnątrz, w strugach wody buszuje kosiarka, międląc resztki trawy i krzewinek. Na podłodze w kuchni topnieje stos kostek lodu. Wszystko wskazuje na to, że to apogeum pandemonium i gorzej już być nie może.  Nic bardziej mylnego -  zaczyna działać klimatyzacja, w domu robi się jak na Antarktydzie. Wszyscy szczękają zębami i usiłują wyłączyć cokolwiek bądź. Urządzenia i lejąca się woda powodują ogłuszający hałas, a ponieważ po domu biega spora ilość ludzi, przekrzykując się wzajemnie, zamieszanie jest nieprzeciętne. 
 
Wezwanie jakiejś siły fachowej nie wchodzi w rachubę -  jest sobotni ranek, a ekipa montująca konsolę ma siedzibę w stolicy. Nasza wiejska złota raczka nie ma telefonu, więc trzeba pojechać na koniec wsi. Ktoś przez strugi wody przedziera się do garażu i nawet udaje mu się otworzyć drzwi i jakoś wyprowadzić samochód. Złota rączka przyjeżdża po kilkunastu minutach. Spokojnie ogląda zrujnowany ogród i dom, po czym wykręca korki. Zapada dziwna cisza, zakończona łomotem -  drzwi od garażu opadły i przygniotły maskę samochodu. 
 
- Wieta wy co? Wy to wsio wywalta, bo se krzywdę zrobita. Kuchenkę na butlę wam pożyczę, bo z głoda zmarniejeta tutaj. A do doma piechtą dojdę. Piwko se po drodze kupię. No, to z Bogiem.
 
Zapasy zostały przeniesione do naszej lodówki. Do poniedziałku sąsiadki posiedzą przy świecach, ale i tak są zachwycone. Przynajmniej nie leje się po oknach.  No i klima nie działa.  
 
Panom oświadczam, ze po domu biegało czterech męzczyzn i trzy kobiety. Pozostałe panie zatrzasnęły się w swoich pokojach. 
 

 

Voit
O mnie Voit

Kogo banuję - przede wszystkim chamów, nudziarzy, domorosłych psychologów i detektywów-amatorów. To mój blog i to ja decyduję, kto tu będzie komentował. Powinnam to zrobić dawno, teraz zabieram się za porządki. Dyskusja - proszę bardzo, może być na wysokich tonach, ale chamstwo i nudziarstwo zdecydowanie nie. Anka Grzybowska Utwórz swoją wizytówkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Rozmaitości