Ten dzień to było piekło. Moje dziecko naubliżało naszym gościom, rzucało jabłkami, kamieniami, sypało ludziom piaskiem w oczy, dostało histerii, wyło ponad dwie godziny. Dość. Zostawiłam śpiącego malucha z dziadkami i pojechałam po raz pierwszy samotnie do Rysia.
Usiedliśmy sobie z piwkiem na pomoście - ploty, ploteczki, takie typowo wiejskie. Komuś się świnia oprosiła, komuś puściła córka. Krutyń płynęła leniwie, kajaków było niewiele. Zachód słońca i kompletny spokój. Na łące rżały konie, Mietek zaganiał krowy. Ciepły, sierpniowy wieczór.
Rysiowa przyniosła jakąś podejrzaną roślinę zawiniętą w kulkę i obłożyła mój spuchnięty i obolały szew, noga przestała dopominać się o swoje. Po chwili przysiadły się do nas dwie przemiłe dziewczyny z Warszawy, dołączył do nich Uli, potem niesamowicie sympatyczny warszawiak z Woli. Taki prawdziwy, z dziada pradziada. Chłopaki wróciły z sianokosów, brudne i zmęczone, klapnęły przy piwku. Na pomoście zrobiło się gwarnie. Chwilkę później przyszła moja przyjaciółka - podobnie jak ja, bez dzieci. Rysiowa zakręciła się wokół i podpaliła grilla. Kaszanka, ogórki, potem jakaś wódeczka. Swojskie, fajne klimaty. Gadaliśmy o buncie pięciolatków, o wsi, o Warszawie - tej z poprzednie epoki, z kinem Moskwa, Amatorską i Karaluchem. O sianokosach, przybyszach i przygotowaniach do wykopków. Gdzieś tam ludzie tłoczą się w metrze, gdzieś spadają akcje, a my sobie siedzimy i mamy to wszystko w dupie.
-Wierzaj mi, młoda - rzekł Rysio, biorąc mnie na stronę - tak to ja mogę i do rana. Patrzaj, chamstwa żadnego ni ma, ludzie się szanują. To je życie...
Słońce chyliło się ku zachodowi, wróciłam do domu. Czekał na mnie syn i z lekka spanikowani rodzice, którzy podejrzewali, ze przydarzył mi się jakiś wypadek z rozwaloną nogą.
Wojtek okazał się zadziwiająco grzeczny. Zaskakujący brak mamy przez kilka godzin ostudził skutecznie jego zapały do rzucania w ludzi kamieniami. Przeprosił, ale póki co przeprosiny nie będą przyjęte. Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie. W razie czego mam gdzie na chwilę uciec. Bo Krutyń nadal będzie sobie leniwie płynąć, a mama też musi mieć odskocznię.
Bo wiecie, Drogie Mamy - nie jesteśmy niewolnicami naszych dzieci. Dzisiaj sobie to uświadomiłam. Warto uciec nad leniwą Krutyń i posiedzieć spokojnie na pomoście z piwem w ręku.


Komentarze
Pokaż komentarze (51)