Międzynarodowy odbiór wizyty Baracka Obamy w Polsce i w wybranych państwach Europy jest ważny nie tyle ze względu na podjęte decyzje, ale raczej rolę jaką ta wizyta odegrała w myśleniu o relacjach Unia Europejska – Stany Zjednoczone.
Prezydent USA wysłał sygnał do europejskich graczy, że w Europie dyskutuje się nie tylko z Niemcami i Francją – ale również Irlandią i Polską. Niemiecki tygodnik „Der Spiegel” doszukał się wyłącznie negatywnych konsekwencji związanych z obecnością Obamy w Polsce. Nawet doświadczenie „Solidarności” w kontekście obecnych wydarzeń w Tunezji i Egipcie zostało poddane w wątpliwość ze względu na nieobecność Lecha Wałęsy podczas spotkania z amerykańskim gościem. Komentarze lub w ogóle ich brak w niemieckiej prasie, są próbą zastosowania podstępu wobec nieobecności Obamy w Berlinie i kontynuacją sporu o status lidera w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
Dla Waszyngtonu, wierząc Obamie, Polska pozostaje wciąż niekwestionowanym przykładem dla państw naszego regionu. Ale czy możemy być pewni co do naszego liderowania – jeżeli Bruksela nie ma tej pewności, a w USA nie zawsze odróżnia się Bukaresztu od Budapesztu?
W polityce ze Stanami Zjednoczonymi, w tym miejscu nie zgadzam się z oceną stosunków polsko-amerykańskich jako asymetrycznych, nie są najważniejsze (nie mówię, że nie ważne) realnie podejmowane decyzje i podpisywane kontrakty. Stosunki zewnętrzne USA przypominają raczej opisany przez Tukidydesa dialog Aten z mieszkańcami wyspy Melos. Ateny poprzez przypisany sobie status mocarstwa mają prawo ostatecznego decydowania w sprawach najwyższej wagi: istnienia bądź nieistnienia państwa. Analogicznie Stany Zjednoczone, przy milczącej zgodzie większości państw, mają moc kategoryzowania zdarzeń jako faktów politycznych.
Tekst powstał dla portalu Wpolityce.pl


Komentarze
Pokaż komentarze