Górą roztańczone szpalery,
chmur walce się przewalają,
toczą się i giną potoczyście,
na potoki się rozmieniając.
Najpierw z dala, szarością
obrzmiałe, wnet źrenicę nieba
zagarniając całą, gaszą ciszę
rumorem. Igły - jasnością wbijają.
Powietrze rozpięte między
bieguny, suchy trzask i wilgoć
w sporze, przetaczają się sine
szwadrony, ziemia taje morzem.
Żyw martwieje, ożywa martwy,
strach swych rachuje wyznawców,
słońce chyba wielki gad zżera,
ślady łusek wiją się na piasku.
Życie skulone, wypatruje oczy,
za promieniem w nieboskłonie.
Jest. Znikł. Przebija się. Ziemia
się poci. Wody wracają w miejsca
im przeznaczone. Oddechu
nabiera wszystko, prostują się
drzewa, prócz tych, które ręka
ślepa butnej burzy powaliła.
I właśnie o nich myślę, gdy
ocalałych już zroszone
pragnienia. I w znikomości mostu
tęczy, trwa ich wieczna chwila.
9-13.06.2012



Komentarze
Pokaż komentarze (19)