W jak czarną d… ziuplę wpycha Polskę staruszek Kaczyński i jego ukochany delfin - mało kto zdaje sobie sprawę. Dr Aldona Ciborowska w swoich wykładach wykazuje niezbicie, że PIS realizuje interesy światowych lobbies globalistycznych w 100%. Z wyprzedzeniem i czytając w myślach.
Na świecie mamy moment decydujący o wszystkim na dekady. I w tym momencie Rzeczpospolitą władają Odleciany Staruszek i Chytry Delfin (pseudonim organizacyjny: Wtyczka Globalistyczna). Jest to sytuacja przedrozbiorowa. Gdyby ludzie pojęli, gdzie nas ciągnie i do czego podłącza ten osobliwy duet - połowa Polski wyszłaby na ulice lub wyjechała z kraju.
Staruszek o turańskiej mentalności, od szkraba chowany przez socjalistów (stuprocentowych, bo koszernych) i półmózgich marzycieli marzących o wolnomularskiej jedności całego globu jest karykaturą męża stanu i polityka. Już lepiej by rządziła krajem “dama z łasiczką” (po zejściu z obrazu) niż ten “dziadek z norką” i jego anestezjologiczna, pazerna na każdy grosz klika.
Zaraz się zapewne zlecą niewątpliwie inteligentni (pucio, pucio) chwalcy staruszka, by ścianę płaczu stawiać i lament swój “rabski” podnosić: no, może i nie jest doskonały, ale przecież my nie mamy wyjścia! Na kogo, my biedni, oj, aj waj jak biedni, mamy głosować? Na Trzaskowskiego i jego bandę?
Wot, rabska natura. Jeden kat ścina głowę narodowi bez ceregieli i bez opaski na oczach, drugi pozwala założyć na oczy opaskę i przed ścięciem zaciągnąć się papierosem. Skazani zaś to zaciągnięcie się papierosem na podeście opadającej gilotyny nazywają “jednoczeniem prawicy”. I sławią kata jak zbawcę. Tak umierają narody i państwa.
Tutaj możliwości dyskursywnego opisu się kończą. Tu trzeba by języka i obrazowania takiego np. S.I.Witkiewicza, by zwięźle i jaskrawo ten upadek człowieczeństwa w szerokich masach opisać.
Ale spróbujmy.
Rodzina zgłodniała. Wysyłają głowę rodziny na stację benzynową po chleb. Posłany idzie - patrzy, chleba ani żadnego pieczywa od lat już nie ma. Sprzedawca widząc konsternację potencjalnego klienta zagaduje: Ale mamy ze świeżej dostawy niezłe narzędzia w promocji… Klient spogląda pytająco.
Mamy gumowe cęgi z regulowaną średnicą uchwytu i nadmuchiwany młotek wielorozmiarowy. Mężczyźnie spodobała się wizja powyciągania wreszcie kolących w siedzenie pordzewiałych, starych gwoździ (”komuniści i złodzieje!”) i wizja ponaprawania starych, zużytych mebli. Biorę - powiedział kładąc pieniądze na ladę.
Wraca do domu. Gdy zgłodniała żona i dzieci robią mu awanturę, że zamiast chleba przyniósł jakieś dziwne obcążki stylizowane na orła, wykonane z miękkiej, lejącej się gumy, którymi nawet szpilki z masła nie wyciągniesz - zaczyna krzyczeć na nich: To co miałem kupić? Młotek dmuchany? Wybrałem mniejsze zło, bo bałem się wracać z pustymi rękami. Jestem odpowiedzialny.
I tu właśnie jesteśmy. Cęgi z miękkiej gumy i dmuchany młot zamiast chleba. Ale czujemy się zobowiązani do… wyboru. No bo co robić.
Pod stacją gromadzą się wysłani z powrotem przez zgłodniałe rodziny amatorzy niedziałających obcążek i młotów. No bo co robić. Większość już zapomniała o chlebie i chce wymienić swoje nabyte narzędzia na inne promocyjne narzędzia. Przywódca obcążkowców z przywódcą młotkowców dogadują się, by utworzyć wspólną partię i nazwać ją “No bo co - partia pierwszego wyboru”. Po wstępnych ustaleniach ustawiają się w kolejkę, bo sprzedawca rzucił przez ramię, że mają dowieźć supernowoczesny klucz francuski wykonany z lodu, z sygnalizacją stopnia stopnienia.
I mija dzień za dniem. Łańcuch kołyszący się u stóp z każdym dniem staje się grubszy.
Czy hodują nas na futro za naszą zgodą? Rzecz pospólnego kojca?
=========


Komentarze
Pokaż komentarze (9)