Nasza genialna Bufetowa z powodu zagrożenia powodzią znów zamknęła przedszkola i szkoły. Dlaczego? Nie bardzo wiadomo... Coś robić musi. Bo inaczej, jak mawia klasyk "autorytet jej się kruszy, autorytet - ważna rzecz"... Geniusze z Partii Panującej mówią coś o "bezpieczeńswie" ,"unikaniu paniki" itp. Spójrzmy na sprawę logicznie: Dokąd trafiły przedszkolaki z Dolnego Mokotowa, Białołęki Pragi itp.? To jasne że do babć mieszkających przeważnie w tych samych dzielnicach. W razie zagrożenia pod szkoły iprzedszkola możnaby podstawić autobusy i pod opieką nauczycieli przewiźć dzieci w bezpieczne miejsce (w wypadku Warszawy na skarpę oddaloną od zagrożonych obszarów o 1 – 3 km czyli sam transport zająby maksimum kilkanaście minut). Babcie (mieszkające w tej samej okolicy i zagrożone identycznie jak dzieci w przedszkolach ) w wypadku alarmu oczywiście w żadną panikę nie wpadną – mają nerwy ze stali...Pdsumowując: Przedszkolaki trafiły do babć i opiekunek w zagrożonych dzielnicach. Uczniwie podstawówek, gimnazjów i liceów w wyniku tych rozporządzeń poszli się poprostu wałęsać po mieście. (Zmamiast np. Pójść pod kuratelą pedagogów na całkowicie bezpieczny szlak królewski, na starówkę, do muzeum itp.) Gimnazjaliści, najbardziej z tego towarzystwa skłonni do szczeniackich wybryków i wszelkiej durnoty poszli oczywiście nad wezbraną Wisłę "szukać wrażeń"... Gratulacje...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)