Jechałem ostatnio ekspresem z Warszawy do Krakowa.
Ciemno za oknami, mróz, depresja.
Los wpakował mnie do przedziału, gdzie siedziało już kilka osób.
Na naczelnym miejscu rozparła się tęga niewiasta z rozczochraną, siwą czupryną. Pozostali pasażerowie byli tak mało charakterystyczni, że zupełnie nie zwróciłem na nich uwagi.
Usiadłem naprzeciw siwej matrony i pogrążyłem się w typowym jak na tę porę roku, niewesołym , rozmyślaniu.
W pewnym momencie uświadomiłem sobie jednak, że cos usilnie wytrąca mnie z mojej myślowej samotni. Zrazu nie zdawałem sobie sprawy z tego co mnie tak rozprasza, jednak po chwili zrozumiałem :
moja vis a vis sąsiadka demonstracyjnie rozpostarła przed sobą płachtę tygodnika „Nie”. Kłuła nim, dosłownie wpychając go w moje oczy.
Cała jej postawa znamionowała pewność siebie i ochotę na indoktrynowanie całej naszej przedziałowej gromadki.
Teraz już potrafiłem zidentyfikować pozostałych towarzyszy mojej zimowej, podróżniczej niedoli. Z boku siedział tęgi mężczyzna udający sen (co chwila jednak przytomnie łypał spod oka na pozostałych), przy oknie autentycznie spała rumiana zakonnica w średnim wieku, towarzystwa dopełniał wychudły studencik z ciężkich okularach, które ewidentnie przechylały jego tyczkowatą szyję zwieńczoną malutką głową. Przy drzwiach świergoliły dwie dzierlatki.
Niewiele myśląc sięgnąłem do torby i wydobyłem z niej nowiutkie wydanie „Gazety Polskiej”. Jako że natura ze mnie przekorna, równie demonstracyjnie rozpostarłem tygodnik przed sobą.
Nasze pisma fizycznie na siebie naparły. Śliski papier „Nie” i zwykły gazeciak „GaPolu”. Chwilę trwało nieme mocowanie się wrażych tytułów, po czym dama nie zdzierżyła i jadowicie syknęła:
- Katodebile cholerni !!!
- Do usług – rzuciłem niezobowiązująco, starając się, aby mój głos przybrał jak najsłodsze tony.
- Pan mi przeszkadza – poczułem mocne szturchnięcie i oto moja gazeta znalazła się w odwrocie, bowiem dama wyciągnęła swoje tłustawe ramiona z tygodnikiem „Nie” niemal pod moją twarz.
Zmilczałem i z uporem trzymałem swoją gazetę w dłoniach.
W przedziale zapanowało ciężkie milczenie.
Mężczyzna przestał udawać senność i spojrzeniem zaciekawionego kibica przyglądał się natężonej dyskusji gazet. Obudzona zakonnica, oblana rumieńcem, zerkała ukradkiem na odbicie sceny w oknie, a dzierlatki otwarcie gapiły się na naszą rozpaloną ideologicznym ogniem dwójcę. Studencik skulony udawał, że wyparował z przedziału.
- Niech pan weźmie tą szmatę sprzed moich oczu! – siwa dama znad swej tygodnikowej tarczy łypnęła na mnie rybimi okularami. Poczułem, że gotuje się do zadania mi decydującego ciosu.
Przekornie dzierżyłem jednak „GaPol” w dłoniach.
- Czy chamstwo jest już tak rozplenione, że nie słychać co mówię? – dama złożyła swoją gazetę i ciężko spojrzała w moja stronę. Jej biuściasta pierś godnie falowała w rytm rosnącego wzburzenia.
Facet obok aż sapnął z wyczekiwania, zakonnica zacisnęła wargi, dzierlaty otworzyły bezgłośnie usta. Ich wzrok przypominał cielęcinę tuż przed ostatnim stadium eskalopek.
Studenta jeszcze bardziej nie było w przedziale.
Desperacko trzymałem moją gazetę dalej, o czytaniu oczywiście mogło być już mowy, bowiem literki zgodnie tańczyły przed moimi oczami w coraz bardziej furiackim korowodzie. Czułem jak czerwienieją mi uczy.
- Nie słyszałeś oszołomie co mówię?!!! – to był już ryk wydobywający się z głębi najbardziej oświeconych trzewi niewiasty.
Zmusiłem usta do milczenia i nadal udawałem, że niezmiernie pochłaniają mnie zyziowe wersety Piotrusia Lisiewicza.
Ku mojemu zaskoczeniu zacietrzewiona irytacja ustąpiła. Jej miejsce zajęła rozbawiona żyłka eksperymentatora. Konsekwentnie trwałem z pokucie milczenia.
Dama wstała i ujęła się pod boki, a widok był zaiste imponujący:
Duża, opasła, zmierzwione siwe włosy, grube, butelkowe okulary i kusy, dziergany sweterek, rozchodzący się lekko na wypukłym brzuszysku.
Fuczała jak rozsierdzona żubrzyca. Pierwszy cios jej bochnowatej łapki wisiał w powietrzu.
Przyczaiłem się w sobie i trwałem.
Naraz usłyszałem z boku:
- Czy niunia nie potrzebuje tableteczki? – mężczyzna obok wyszczerzył nierówne zęby w złośliwym uśmieszku.
Dama nabrała powietrza w płuca, aby ryknąć i w tym momencie spod okna nadleciało:
- Melissska kochanie, mam chyba nawet w torebce… Melisska… Ja też czasami tak miewam – przejęta zakonnica grzebała w swojej przepastnej siatce.
- Ale jajca zgredy ocipiały – głośno zarechotała jedna z dzierlat i obie zarykując się ze śmiechu uciekły na korytarz.
- No – pisnął studencina.
Siwowłosa żubrzyca straciła ogień w oczach.
Oklapła na swoje siedzenie, po czym czując ciągle na sobie wzrok podróżnych, opuściła głowę i wyszła z przedziału. Do samego Krakowa Głównego stała na korytarzu.
Na peronie poczuła jak ktoś pomaga jej wydobyć z wagonu ciężką walizkę.
Podniosła głowę i ujrzała moją facjatę.
- Przepraszam – wymamrotała.
- Proszę – odpowiedziałem najcieplej jak potrafiłem.
- Niech pan popatrzy co oni z nami wyprawiają… – wyjąkała nie patrząc mi w oczy.
- Chciałem panią walnąć, szlag mnie trafiał! – odpowiedziałem.
Uścisnęła mnie za ramię.
- Do widzenia….
Inne tematy w dziale Polityka