Witold Gadowski Witold Gadowski
299
BLOG

Cienka czerwona linia

Witold Gadowski Witold Gadowski Polityka Obserwuj notkę 37

Była późna wiosna 1999 roku. Razem z AndrzejemPotockim włóczyliśmy się po Albanii.

Był z nami Naser Hajrizai, mój ówczesny kumpel, członek jednego z najbardziej wpływowych rodów w Kosowie.

W hotelu „Tirana”, jedynym podówczas przyzwoitym hotelu w Tiranie, zrobiliśmy wywiad z Salim Berishą i postanowiliśmy przenieść się w Góry Przeklęte, gdzie trwały partyzanckie walki pomiędzy oddziałami UCK i serbską policją.

Intensywnie poszukiwaliśmy kontaktu z dowództwem albańskiej partyzantki.

 Nagle, w siedzibie Partii Demokratycznej w Tiranie, natrafiliśmy na chudego człowieczka, który zaoferował nam, jak się wyraził: ”full service”.

Jego oferta brzmiała następująco: za tysiąc dolarów pojedziemy z nim w okolice Bajram Curri.

Tam rezyduje oddział UCK, w którego obozie będziemy mogli zrobić zdjęcia i sfilmować walkę na froncie.

-        Jak to? – żachnąłem się

-        Przecież walki trwają kilkadziesiąt kilometrów dalej, w okolicach Tropoje i Padesh?

-        I co z tego?! – odrzekł z niezmąconym spokojem chudzielec

-        Nasz oddział jest taki no... pokazowy – wyjaśnił bezwstydnie.

Okazało się, że przedsiębiorczy Albańczycy, widząc napływ dziennikarzy w ich strony, utworzyli fikcyjny, ”cepeliowski”, oddział partyzancki.

Człowiek ów nazywał się Astrid Memija Qyteti i wraz ze swoim bratem Sinotonem stworzyli swoisty impresariat oddziału. Cennik przewidywał:

-        strzelanie z moździerzy

-        walkę wręcz z Serbami

-        śmierć partyzantów

-        wysadzenie szałasu

-        rajd na koniach

-        pamiątkowe zdjęcia w mundurach z „weteranami” oraz nagrywanie sekwencji ataku.

Bracia pokazali nam na wideo przykładowe zapisy takich akcji i aby nas dogłębnie przekonać o swoim „profesjonaliźmie”, wysypali przed nami całą talię wizytówek znanych dziennikarzy, którzy korzystali z ich usług.

Wśród tych klientów byli m.in. dwaj znani „reporterzy” z Polski. Jeden pisał bohaterskie reportaże z kosowskiego frontu dla znanego tygodnika, a drugi podziwiany był za odwagę telewizyjnych relacji. Ich nazwiska zmilczę, bowiem w tej powiastce bardziej chodzi o casus.

Nasza rozmowa z braćmi skończyła się drobnymi rękoczynami, kilka dni później dotarliśmy w okolice Tropoje bez pomocy ich „biura podróży”.

Dziś, kiedy wyobraźnię czytelników nad Wisłą rozpala płomienny spór o twórczość pana Kapuścińskiego, delikatnie uśmiecham się pod wąsem.

Ileż to bohaterskich reportaży powstało przy udziale wojennych biur podróży.

Czy przez to jednak mamy przestać wierzyć reporterom?

Czy po obnażeniu „metody” Roberta Capy mamy przestać wierzyć fotografiom?

Na pewno rację ma Tomothy Garton Ash – reporter kończy pracę tam gdzie zaczyna się wyobraźnia. Nie ma reportażu literackiego, kreacyjnego, beletrystycznego! -

To największa bzdura świata.

Reporter brnie do końca faktów i ani kroku dalej.

To przecież podstawowa zasada reporterskiej moralności!

O czym tu w ogóle gadać?

Nie ma dekonstrukcji, synkretyzmu i innych izmów w dziennikarstwie!

Jest jedynie człowiek mający misję przekazania prawdy.

Dalej są tylko megalomanie, zabawy w herosów, popisy wyobraźni, podrywanie panienek i mniej lub bardziej sprawna beletrystyka.

Czy Michael Moore jest reporterem, dokumentalistą?

Czy jego nieudolny, polski naśladowca jest poważnym dziennikarzem?

Jeśli tak, to ja wieszam moje trampki na kołku. Nie ma już dla mnie roboty. 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (37)

Inne tematy w dziale Polityka