Od dwudziestu paru lat jestem cholernym Krakusem, jakoś musicie to znieść:
Siedziałem na rynku, pierwsze promienie wiosennego słońca skłaniały do rozmarzonego wspominania. Spojrzałem w kierunku „Europejskiej” i słowo daje – ujrzałem pustkę, puste miejsce, którego nie da się zapełnić. Puste miejsce po Danusi Krukowskiej.
…Poznałem ją w latach osiemdziesiątych. Często kupowałem u niej bajgla, nie dlatego że słynęły z rozkosznego smaku, bardziej dla draki, jaka zawsze przy okazji zakupu wisiała w powietrzu. Danuta, mimo niewielkiej postury, temperament miała kipiący.
Jej „laga” słynna była na całym rynku, nawet najtęźsi cinkciarze omijali wózek Danuty szeroki łukiem, o ile oczywiście czymś zaszli jej za skórę. W momentach przyjaźni była bowiem prawdziwą krakowską landryną. W zimne dni mozna było u niej strzelić „rozgrzewajke” (pyszną robiła, na bimbrze i karmelu), albo dostać solidne pęto „swojskiej” – za darmo.
- Taki mom jakiś dziś dusny paciez, że uciekoj bo ci lagom przyleje – mawiała, gdy rozmowa schodziła na zapłatę.
Zawsze w tym samym, może niezbyt czystym ale swojskim, fartuszku, chustce na siwych włosach. W zimie pod fartuszek wkładała watowaną kufajkę, w lecie różnokolorowe sukieneczki, których okres świetności przypadał pewnie na lata sześćdziesiate.
Zawsze miała utrapienie z córunią Basią, która kursowała między Plantami i „Słowakiem”, uwielbiała chłopów, napoje wyskokowe i podbierała mamie pieniądze z wózka.
Przyszły lata dziewięćdziesiąte. Danuta się nie zmieniała, ale czasy się zmieniły.
Byłem wtedy reporterem miejskim „Krakowskiego Czasu”. Widząc jak Danuta okłada lagą postawnych Anglików zastrzygłem uszami i usłyszałem::
- Polskiego się k…. y nauccie i obycajów. Scać mi będą pod drzewem! –
Uznałem, że należy Danutę zreformować i bez namysłu palnąłem na kolumnie miejskiej felietonik o tym, jak Danuta przynosi Krakowowi wstyd przed zagraniczną publicznością, jak niehigienicznie handluje i wogóle nie nadaje się do kapitalizmu.
Następnego dnia, ledwie przyczłapałemna czwarte piętro budynku przy Sławkowskiej, do redakcji, gdy u drzwi wejściowych rozległ się potężny łoskot.
- Dzie ta menda! – w przedpokoju rozległ się tubalny głos Danuty.
Niemiele myśląc czmychnąłem do toalety, gdzie solidnie się zabarykadowałem.
Przez pół godziny Danuta szukała „mendy”, strasząc przy tym naczelnego, jego zastępców i szefa wydania. Wiązanki jakie przy tej okazji leciały były czystą poezją krakowskiego podwórka.
Dostało mi się, żem: „chudy w kroku”, „łamas kutany”, „bajok poganiany bucem”, „psiekrwia zwierzyniecka skundlona z Groblami”….
Kilka dni później na miękkich nogach podszedłem do Danuśki i wcisnąłem jej bukiecik fiołków. Zmierzyła mnie groźnym wzrokiem, po czym nastawiła niezbyt tego dnia ogolony policzek i rzekła:
- A dyj gęby na zgodę!
Od tego dnia przez kilka następnych lat żyliśmy w idealnej harmonii. Czasami bywała ona nawet kłopotliwa.
Pewnego pażdziernikowego dnia drałowałem przez rynek wraz z kilkoma warszawskimi politykami, coś im tam tłumaczyłem, gdy nagle ciszę rozdarł znajomy świergot:
- Co redahtorku! Zimno jak psi ch…. Chodźcie na jednego bom osowiała –
Innym razem przyjechała do mnie gaździna Zosia Bigosowa z Głodówki i zdecydowała, że naje się bajglami zamiast solidnym obiadem w restauracji. Pech chciał, że najbliżej było do uroczego wózeczka Danuty.
Wzięliśmy dziesięć bajgli z solą i z makiem (wtedy jeszcze nie było idiotycznych wynalazków z sezamem i cholera wie z czym jeszcze, a bajgle były jak Bóg przykazał, skręcane)
Danusia ochoczo nasypała nam bajgli do torby. Problem nastąpił przy płaceniu.
- Od redahtorka nie biere – twardo zastrzegła madame Krukowska. Na takie dictum madame Bigosowa ująła się pod boki, a w jej oczach zagrały iskry.
- Co ty myślis, ze jo dziadówa! – sapnęła bojowo.
Przerażony patrzyłam jak krewkie damy starły się torsami. Ostatkiem sił rozpędziłem wzbierającą burzę. Wzniosłem się wtedy na wyżyny wykwintnej krakowsko – góralskiej dyplomacji.
Przyszedł jednak zimowy dzień, kiedy prezydent miasta, przy mojej niestety biernej postawie, zadecydował, że wózek Madame Krukowskiej zostanie z rynku eksmitowany. Danuta miała już wtedy szesnaście kolegiów, kilkadziesiąt mandatów i upomnień za :
nielegalny wyszynk alkoholu, zwycięskie bójki ze strażą miejską, brak koncesji, okładanie lagą Anglików, którzy przy niej natychmiast trzeźwieli i pokornieli, (nie mieściło się jej w głowie, że ktoś może wydawać koncesje na to co robiła przez czterdzieści lat).
Tego grudniowego, śnieżnego wieczoru Danutę znienacka opadło kilkunastu rosłych strażników miejskich. Obserwowałem tę scenę z okna nieistniejącej już dziś „Gruszki”. Walczyła bohatersko, kilku strażników fachowo obaliła lagą na snieg, kiedy jednak została odcięta od wózka, zrozumiała, że nadszedł koniec. W teatralnym geście rozkrzyżowała ramiona i z okrzykiem:
- O jo dupce!
runęła na śnieg.
Wózek zabrano jej do przepastnych miejskich magazynów.
Kilka dni później widziałem jak stała przed Kościołem Mariackim z wielkim transparentem
„Ludzie. Prezydent puścił mnie na dziady!”.
Próbowała jeszcze walczyć. Na sali sądowej zjawiała się z lagą i nieodłącznym kundelkiem „Lulusiem”, który wraz z nią gorliwie argumentował przeciwko „Ludzkiej nieczulicy i podłocie”,
Pewnego dnia zrezygnowana weszła pod samochód i jak by to powiedziała: „nie było już co zbierać”.
Czterdzieści lat, w skwarze i w lodowicy stała na rynku, przed Muzeum Historycznym jak wartownik przez Pałacem Buckingham.
Brakuje Danuśki i jej komentarzy na każdy dzień Roku Pańskiego.
Brakuje Danuśki, a i sumienie mam wobec niej niezbyt czyste.
Chciałbym kiedyś postawić w tym miejscu małą sylwetkę w kufajce z wózkiem lagą i „Lulusiem”. Może wtedy z zaświatów, z miejsca gdzie znajduje się najbardziej krakowski grajdołek, usłyszałbym:
- Ładnieś do redahtorku wymodził…
Inne tematy w dziale Polityka