Siąpił drobny, dokuczliwy deszcz. Jerzy, lekko schylony wyszedł na werandę. Przy każdej zmianie pogody coraz mocniej łupało go w krzyżu. Zapalił papierosa.
Uważnie przyglądał się pierwszym oznakom budzącego się w Juszczynie dnia.
Kilka zakutanych w chustki kobiet nadjeżdżało polną drogą w kierunku mleczarni. Dzwoniły pogiętymi bańkami z mlekiem.
- Ciepłe, poranne mleczko – westchnął. Pomimo szóstego krzyżyka na karku ciągle lubił proste, wiejskie jedzenie. Stronił od wykwintnych przysmaków, z których słynęła kuchnia proboszcza.
Kulawy Antek wytoczył się ze swojego gospodarstwa. Nie był chyba zbyt trzeźwy.
- Ta cholera znów się nie nadaje do służenia do mszy. – Jerzy uśmiechnął się sam do siebie.
Wokół niego zawsze pojawiali się tacy niedoskonali, lekko zwichnięci ludzie, którym bez wahania udzielał wsparcia.
Spojrzał na czubki swoich powykrzywianych butów. Miały już chyba z dziesięć lat.
Od czasów warszawskich ciągle nosił sfatygowane ciuchy. Jak tylko dostał coś porządniejszego to zaraz znajdował kogoś kto bardziej potrzebuje.
Antek chwiejnym krokiem zbliżał się do parafii. Nowiutkie lakierki zdążyły się już oblepić błotem.
Prezent od starych parafian z krakowskiego Bieżanowa.
- W końcu Antkowi bardziej się przydają, bo inaczej łaziłby cały dzień w gumiakach i potem w zakrystii byłby smród nie do wytrzymania – Jerzy ponownie uśmiechnął się pod nosem. Zgasił papierosa.
Ciągle miał robotniczy zwyczaj palenia aż do ustnika.
Ukraińskie papierosy z przemytu. Kupował je po pięć złotych za paczkę.
Ciągle wyrzucał sobie, że przy okazji popełnia dwa grzechy naraz: niszczy swoje zdrowie i nie oddaje cesarzowi co cesarskie.
Pomimo swoich 64 lat ciągle wyglądał jednak zdrowo i czerstwo. Gdyby nie początki reumatyzmu i nadkwasota, to nie miałby powodu uskarżać się na swoje ciało.
Całe życie jadł prosto, żył zgrzebnie, bez nadmiernych wygód. Właściwie nigdy nie posiadał więcej niż to co mieściło się w jednej pękatej walizce podarowanej mu wiele lat temu przez pewną starszą parafiankę z Krakowa.
Wrócił do pokoju, wziął brewiarz i zszedł po skrzypiących, drewnianych schodach do zakrystii.
W całym pomieszczeniu unosił się zapach przetrawionego alkoholu. Antoni ubrany w komżę, kręcił się ukrywając twarz.
- Znów całą noc piłeś?! – Jerzy nie bawił się z nim w dyplomatyczne ceregiele.
- Kobieta już ma cię dość, dzieci uciekają przed tobą. Wyglądasz jak strach na wróble – dodał twardszym tonem.
- Dobrodzieju, Jureczku, sam wiesz jak człowieka kusi…- mruknął zawstydzony Antoni.
- Dziś właśnie powiem o tym w kazaniu. Jako pokutę będziesz musiał całego wysłuchać…i żadnego wychodzenia z kościoła na fajkę! – naburmuszona mina Jerzego nagle skruszyła się i kapłan parsknął śmiechem.
- Antek, cholero, to nawet portek nie umiesz założyć na dobrą stronę!
Stropiony Antoni dopiero teraz zobaczył, że spodnie, które kiedyś były garniturowymi, a teraz pełniły rolę codziennego okrycia tyłka, świecą szwami.
- Żarówka mi poszła w sieni. Nie uwidziałem ino takem se wdzioł – wybąkał zawstydzony wieśniak.
- Dobra leć dzwonić. Idziemy na msze – zakomenderował Jerzy.
- No i zmień te pory – mruknął chichocząc.
W kościele siedziało pięć zaspanych kobiet, jakiś młodzieniec, stary Bartłomiej i odmiennie wyglądający przybysz, pewnie miastowy. Nikt go wcześniej w Juszczynie nie widział.
Facet po czterdziestce, dobrze ubrany, dłuższe włosy, mocno przetykane siwizną, gładko ogolony.
Jerzy poczekał, aż wszystkie oczy zwrócą się w stronę ołtarza i uniósł dłonie w górę…
Kiedy nadeszła pora kazania, wszystkie spojrzenia wbite były w szczupłą postać kapłana, który zdawał się odpływać gdzieś w tajemny świat modlitwy. Nieduża postać emanowała niepojętym magnetyzmem. Niepojętym także o siódmej rano, w zagubionym wśród jesiennych pól Juszczynie.
Kobiety, starzec, młodzik i „miastowy” czuli jednak, że ta poranna msza w zgrzebnym, wioskowym kościółku jest ważniejsza, niż wiele innych odprawianych w katedrach.
- Chciałem was zapytać o prawdę – głos Jerzego brzmiał czysto i wyraźnie, nie przeszkadzał mu w tym nawet rzężący mikrofon.
- Prawda jest głupia. Nie idzie na układy. Jest niekulturalna, nie ma dobrych manier.
Prawda jest bezczelna i wywołuje emocje. Prawda nie wybacza. Nie folguje.
Prawda nic nie daje, nie ułatwia, nie dostaje prestiżowych nagród. Prawda często nie daje spać, rwie włosy na głowie, milczy gdy trzeba pocieszyć. Prawda nie toleruje, nie ucieka, nie chowa głowy w piasek. Prawda nie pisze wierszy, nie bawi się z filozofami w kotka i myszkę. – Jerzy urwał.
W kościele słychać było jedynie świszczący oddech starego Bartłomieja.
- Prawda przeżyje o chlebie i wodzie. Wyśpi się w piwnicy.
Prawda nie zna litości. Prawda wygarnia w oczy, bez ostrzeżenia, bez troski. Prawda o człowieku bywa nieludzka. Prawdy nie da się lubić, trudno się z nią zaprzyjaźnić. Prawda jest tak blisko, że czasem nienawidzisz jej jak własnej żony. Ona mieszka w każdej bruździe twarzy, żłobi zagony na czole. Prawda jest losem twoim i moim. Jest nami choćbyśmy się siebie wyrzekli na wieki. Prawda jest powietrzem i wodą i tak naprawdę tylko one istnieją.
Cała reszta jest marną imitacją. Tylko prawda jest interesująca, bo tylko ona mówi nam o Stwórcy. Jesteś prawdą, nie potrzebujesz lustra by żyć – Jerzy zmęczony oparł się na ołtarzu.
Dwie kobiety płakały, stary Bartek ćmił papierosa. Miastowy powoli wyszedł na zewnątrz…
Po skończonej mszy Jerzy zdjął ornat i otworzył drzwi zakrystii aby zaczerpnąć powietrza na zewnątrz.
Był zmęczony, reumatyzm odezwał się ze zdwojoną siłą. Ostatnimi laty miał tak często, zwłaszcza gdy zbliżała się pora deszczów.
Nie zauważył nawet, jak obok niego wyrosła postać nieznajomego.
- Ksiądz tak będzie do śmierci? – usłyszał za plecami.
- Znamy się? – Jerzy zmierzył go badawczym spojrzeniem.
- Znamy, jeszcze od czasów warszawskich. Wtedy o mało nie zginąłeś. Zostawiliśmy cię przy życiu, abyś poznał smak klęski – nieznajomy uśmiechnął się do swoich myśli.
Jerzy dopiero teraz pod nielicznymi zmarszczkami i siwizną włosów dojrzał twarz oficera SB, który kiedyś pod Bydgoszczą przykładał mu do głowy zarepetowany pistolet.
- I co nawojowałeś klecho? Stary wikary. Błazen, którego nie chcą widzieć na żadnej porządnej parafii. – złośliwy uśmiech satysfakcji przeciął wypielęgnowane oblicze SB – eka.
- Jesteś bankrutem i głupcem, któremu zdawało się, że mówi głosem narodu. Ten twój naród to dziś stare baby, dziad i młokos. Ot cały twój naród. – nieznajomy protekcjonalnie poklepał Jerzego po ramieniu.
- Wielkie słowa klecho. Wielkie słowa i …słoma z butów – zarechotał.
- Dziękuje – odrzekł Jerzy.
- Za co durniu dziękujesz!? – nieznajomy zrobił wielkie oczy.
- Za prawdę
- Kopnięty klecha. Tak myślałem jak tu jechałem, że jesteś mocno pierdolnięty. Głupi sfiksowany klecha. Aż mi ulżyło – wysyczał SB – ek.
Odwrócił się na piecie i odszedł w kierunku zaparkowanego przy błotnistej drodze audi.
- Dziękuję – wyszeptał Jerzy i zaczął starannie maskować dziurę na łokciu jaką właśnie odkrył w swojej sutannie.
- Nie dotrzyma już chyba do wiosny – mruknął zmartwiony.
W wiosce życie kipiało już w najlepsze. Dzieciaki biegły do szkoły. Pod sklepem spożywczym trąbił dostawca pieczywa. Widocznie sklepowa znów miała problem z dobudzeniem męża pijaka i nie zdążyła na czas otworzyć.
Inne tematy w dziale Polityka