Dostało mi się za zrównywanie praw atakowanego i atakującego. Niech więc moją odpowiedzią będzie wstęp, który napisałem do wspaniałego albumu Stacha Markowskiego. Albumu "Ku wolności", który zawiera jego zdjęcia z lat osiemdziesiątych.
Szli różnymi ścieżkami, z różnych pokoleń i tradycji. Mieli różne twarze i doświadczenia. Gołowąse młokosy i dojrzali mężczyźni z siwymi wąsami. Byli wśród nich „ludzie niewidzialni” – pariasi PRL – u”, żołnierze WiN – u, AK i NSZ. Byli robotnicy, studenci.
Wszyscy mieli jedną wspólną cechę - byli chorzy na Polskę! Pragnęli wolności.
Razem stworzyli wielką Solidarność.
Byłem wtedy młodym człowiekiem, ale nawet dziś, po trzydziestu latach, kiedy myślę o tych nieregularnych, czerwonych literach i ludziach, którzy każdej z nich nadali niepowtarzalny sens, serce mi drga, a palce same wystukują patetyczne zdania.
Byli prawdziwsi niż wszystkie dzieła egzystencjalistów i mocni w swej zbiorowej mądrości.
Czasami, przeglądając stare zdjęcia, zastanawiam się skąd czerpali swoją siłę, jak dorastali do Prawdy i Wolności? A może to właśnie Prawda i Wolność dodały im skrzydeł, pozwoliły wznieść się ponad tłusty popiół komuny?
Gdzie Oni teraz są? Co się z nimi stało? Czy przepadli jak mityczni rycerze, który po wygranej bitwie odjeżdżają na koniach w horyzont?
A może czas i gorycz powrotu do rzeczywistości pokonały ich, odebrały im światło?
Wielu z nas dało sobie wmówić, że nie istnieje Prawda, że świat składa się jedynie z podłych kompromisów, że uparta podłość i tak w efekcie tryumfuje…
I zdarzył się dzień dziesiątego kwietnia 2010 roku, gdy rosyjska ziemia jeszcze raz pochłonęła najlepszych Polaków. Wśród nich była niepozorna staruszka – Anna Walentynowicz, przez Sławomira Cenckiewicza pięknie ochrzczona Anną Solidarność.
Tego dnia, tak jak wielu moich rodaków, zrozumiałem, że prawdziwa Solidarność została przeniesiona do naszych czasów w sercach ludzi takich jak Ona, niezłomnych, prawdziwych ludzi.
Obrzucana błotem, niszczona, wykpiwana przez stada błaznów Anna Walentynowicz zwyciężyła. Prosta, mądra kobieta okazała się silniejsza niż zastępy cwaniaków. Ona była Solidarnością. Od tamtego czasu ciągle myślę o tym ilu jeszcze szarych, prostych i odważnych ludzi ocaliło tamtą Solidarność. Jak wiele jeszcze mogliby nas nauczyć.
Tekst w tym niezwykłym albumie jest pisany sercem i zapewne chciałby być wielkim podziękowaniem dla tych najważniejszych bohaterów – prawdziwych, choć dziś bezimiennych twórców Polskiego Zrywu ku Wolności.
Na zdjęciach Stanisława Markowskiego są ich twarze. Jest walka i zaduma. Zdjęcia te zebrane w jeden album tworzą opowieść o tamtych czasach. W zwierciadle tych fotografii przegląda się rzeczywistość ostatnich lat PRL – u. Stanisław Markowski zarejestrował nerwowy puls Gdańskiego Karnawału Solidarności, ponury oddech stanu wojennego i nadzieję zbliżania się do Wolnej Polski. Jego obiektyw stara się przeniknąć tajemnicę Karola Wojtyły, subtelnie towarzyszy w bólu Mariannie Popiełuszko i fascynuje się pięknymi ludźmi, którzy zdobyli się na walkę gołymi rękami z plutonami ZOMO i SB. To zdjęcia uczestniczące, prawdziwe – razem tworzą syntezę tamtego czasu. Pokazują jak ich autor przeżywał swoją Wolność. Czasem celowo rozostrzone, impulsywne, dramatyczne, innym razem pokazujące symboliczne, poetycko uchwycone sceny. Te zdjęcia już dawno rozpoczęły własne, niezależne od ich autora życie. Każde z nich to osobna historia.
Przez wiele godzin rozmawialiśmy o każdej z tych fotografii, tak powstał tekst, który prowadzi czytelnika przez ten niezwykły album.
Po obejrzeniu zdjęć Stanisława Markowskiego zadaje sobie jednak pytanie o dalszy ciąg. Co działo się z tymi ludźmi później. Jak błyszczące spojrzenia z tych fotografii zostały pokryte patyną czasu i zwątpienia.
Powstańcy Warszawscy, dziś siwe gołąbki, nadal są piękni. Ich twarze są szlachetne i radosne. Mają świadomość zdanego egzaminu, wiedzą jak wiele Polska zawdzięcza ich tragicznemu patriotyzmowi.
Co stało się z pokoleniem Solidarności, z ludźmi którzy rzucili wyzwanie sowieckiej maszynie kłamstwa?
Ksiądz Jerzy Popiełuszko miałby dziś 64 lata. Kim byłby dziś?
Biskupem? Prałatem? Proboszczem? Wątpię…
Dziś byłby zapewne dysydentem, oskarżanym o „oszołomstwo” kapłanem. Konsekwentnie mówiłby Prawdę, byłby zapewne dalej blisko swoich wiernych, blisko robotników – więc śmierdziałby na salonach.
Nie nadawałby się na laureata pseudoprestiżowych nagród. Dziś Jerzy Popiełuszko byłby kłopotem. Takim samym jak Anna Walentynowicz. Oboje nie żyją więc dziś można na ich temat wypowiadać ciepłe słowa.
Martwi bohaterowie są popularni, żywi bohaterowie sprawiają kłopot.
Prawda jest niepoprawna politycznie, niekulturalna, niegrzeczna, ma złe maniery…
Ludzie Prawdy są dziś niepożądani, sprawiają jedynie kłopot. Nie potrafią dostrzegać „dyskretnego uroku relatywizowania i niuansowania”. Są niemodni jak kamienie, woda, powietrze i …sumienie, które jak kawałek deski ciągle mówi: „tak, tak, nie, nie”.
Takim kłopotem był Zbigniew Herbert – za jego życia podejmowano wstrętne próby zdyskredytowania poety. Gdy umarł, z zatęchłego nadwiślańskiego saloniku dobiegło szczere westchnienie ulgi. Teraz już można było mówić o nim dobrze. Teraz jest „Wielkim Poetą”, bo jest martwy. Dla nich martwy.
Nam została jego poezja i pamięć o tym jak niezłomnie stał po stronie Prawdy.
Zastanawiając się nad dalszym losem ludzi ze zdjęć Stanisława mimowolnie dopisuje im losy, które poznałem jako reporter. Dopisuje im biografie ludzi, których spotkałem jako reporter. Których opisałem, albo tylko wysłuchałem. Być może sam popadam w schemat, sam kalkuję wszystko poprzez własne doświadczenia, ale nie mam ochoty silić się na obiektywizm.
Nie mam ochoty słuchać pouczeń od facetów, którzy służyli Jerzemu Urbanowi, nie mam ochoty przyglądać się zadowolonym z siebie pyskom medialnych celebrytów.
Być może nigdy Polska nie wystawi im rachunku za to co robią, ale odchodząc, w chwili kiedy już nic nie można załatwić „pijarem”, staną oko w oko z Prawdą. Nie tą wykrzywioną i skarykaturyzowaną w zwierciadle dzisiejszych polskich mediów. Staną oko w oko z Prawdą o jakiej wiedzą, przed którą uciekają, którą wyszydzają. Zobaczą Prawdę, która sprawia, że nawet dziś zdarzają im się sny po których budzą się zlani zimnym potem przerażenia. Sny o tym, że Prawda zwyciężyła.
Spójrzcie uważnie na fotografie z tamtych lat, na zdjęcia które przeniosły Prawdę i zastanówcie się czym różnią się one od obrazków zamieszczanych we współczesnych polskich mediach.
Inne tematy w dziale Polityka