Witold Gadowski Witold Gadowski
3062
BLOG

Wieża komunistów

Witold Gadowski Witold Gadowski Polityka Obserwuj notkę 52

Przez wiele tygodni na portalu netbird.pl ukazywały się odcinki pisanej przeze mnie powieści pt "Wieża komunistów". Dostało mi się wtedy od kilku kolegów, którzy stwierdzili, że powinienem zamknąć się na kilka miesięcy w piwnicy i napisać porządną powieść, a nie zabawiać się drukowaniem prymki w odcinkach.

Jeden z nich, przemiły i zdolny dżentelmen stwierdził nawet, że: "zamiast Lalki Prusa wyjdzie ci lalka z sex shopu". Cóż przejąłem się i wraz z upadkiem nieodżałowanego netbirda zakończyłem niecny proceder publikowania rewolwerowej opowiastki. Zdarzyło się jednak tak, że zgłosiło się odważne wydawnictwo, które gotowe jest opublikować "grymasy Gadowskiego". Tak więc siadam w piwnicy i kończę kryminał.

Abyście jednak mieli pojęcie jakim to przestępczym procederem się param publikuje ninejszym kilka pierwszych akapitów owej prymki.

 

 

Wieża komunistów

Georg był podniecony, ukradkiem ocierałz czoła  krople potu. Nerwowym ruchem rozpiął kołnierzyk nienagannie wyprasowanej koszuli i rozluźnił węzeł krawata.

Wydarzenia sprzed wielu lat znów stanęły przed jego oczami.

- Pani Noro proszę do mnie przyjść! - zawołał matowym głosem, gdy zobaczył jak drzwi jego gabinetu nieco się uchyliły.

Młoda, atrakcyjna brunetka błyskawicznie spełniła polecenie szefa. Po chwili na biurku Georga stała srebrna taca z czterema pękatymi lampkami napełnionymi trunkiem, którego aromat powoli roznosił się po całym pomieszczeniu.

Georg nakazał jeszcze zaparzyć mnóstwo czarnej, mocnej kawy.

-         Jesteś pierwszym Polakiem, który mnie odnalazł – uśmiechnął się do siedzącego naprzeciw szczupłego mężczyzny.

Po szybie spływały krople drobnego, jesiennego deszczu. Z okien biura Georga Kravczika rozciągał się rozległy widok na rzekę i wysoką sylwetę wieży telewizyjnej.

Dusseldorf zanurzał się w sinych światłach zapadającego zmierzchu.

-         Czeka nas długa rozmowa – Georg odruchowo zatarł dłonie.

-         Myślałem, że już nigdy nie będę o tym opowiadał – dodał spoglądając w okno.

Andrzej przyglądał się trzymanej w dłoni lampce koniaku. Sprawiał wrażenie jakby chciał przeniknąć wszystkie warstwy ciemnowiśniowo połyskującego trunku.

Cisze przerwał Georg:

-         W Polsce był proces prawda?

-         Tak – Andrzej machinalnie skinął głową

-         Ile…

-          Ile zarzucono oskarżonym?

- Ile? – Andrzej pytająco spojrzał na gospodarza

-         Jak wielką kradzież zarzucono oskarżonym?

- Bajońską sumę, jakieś 500 milionów dolarów – Andrzej zmarszczył brwi, jakby starał się usprawiedliwić nieprawdopodobnie brzmiącą sumę.

Georg wybuchnął krótkim, tubalnym śmiechem.

Nagle urwał i spojrzał Andrzejowi prosto w oczy. Miał spojrzenie człowieka, który właśnie przestał się wahać. Błękitne, wodniste oczy spoglądały nieruchomo na przybysza z Polski. W spojrzeniu Georga Kravczika trudno było znaleźć cień emocji.

-         Przez moje ręce poszedł ponad miliard, a takich jak ja było na świecie kilku! – w jego głosie nie było już śladu wesołości.

Andrzej chwilę siedział w milczeniu. Zbaraniałym wzrokiem wpatrywał się w twarz Niemca.

- Przepraszam….- wyjąkał.

- Czy może pan powtórzyć kwotę? – wymamrotał po minucie.

- Miliard dolarów przeszedł przez moje ręce. – Georg nieznacznie się uśmiechnął.

- Nie byłem sam, oni mieli kilku takich finansistów – jego ton nieco złagodniał. Widać było, że zdumienie rozmówcy sprawiło mu satysfakcję.

Andrzej wyjął ze starej, skórzanej torby notatnik

-         Pozwolisz, że będę notował? – niespodziewanie przeszedł z Niemcem na ty.

-         Rób co chcesz. Opowiem ci jak to wyglądało, ale w twoim kraju pewnie nikt ci nie uwierzy – Georg wziął kieliszek w dłoń.

-         Najpierw jednak napijmy się za nasze spotkanie. Mam już osiemdziesiąt lat i nie przypuszczałem, że jeszcze komuś będę opowiadał tą historię.

Stuknęli się kieliszkami.

-         Miałem polski paszport dyplomatyczny. W Warszawie byłem przyjmowany jak książę. Apartament w „Victorii”, rano dorożka, którą wieziono mnie do siedziby Rady Ministrów. Po południu przejażdżka dorożką i bankiet w dworku pod Warszawą. Stoły uginały się od jadła i napitków. Zawsze czekało na mnie kilku ministrów. Byli jak sprzedajne dziewczyny. Jeden przez drugiego oferowali mi swoje usługi – twarz Georga skrzywiła się jakby przełknął coś wyjątkowo niesmacznego.

-         FBG, to był ciekawy pomysł. Fundusz Budowy Gospodarki. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie widziałem, aby polecenia przelewania kilkudziesięciu milionów dolarów podpisywane były na kawiarnianych serwetkach. – Georg urwał i kolejny raz spojrzał Andrzejowi w oczy.

-         To były ogromne pieniądze. Tak ogromne, że mogły zabijać!...- szepnął.

-         I zabijały! – Andrzej, pomimo rosnącego podniecenia, wytrzymał spojrzenie Georga

Niemiec wstał od stołu i podszedł do okna.

-         Tu. W tym mieście, jest kilku ludzi, którzy dzięki FBG stali się krezusami.- wyciągnął dłoń w kierunku szyby i zatoczył nią koło.

-         Najważniejsi jednak nie mieszkają w Dusseldorfiee. Są w USA, Izraelu i oczywiście w Rosji

Andrzej opuścił głowę i zapisał coś w notatniku.

-         Mam dużo czasu – mruknął sam do siebie.

Za jego plecami skrzypnęły drzwi, sekretarka bezszelestnie wniosła półmisek ciasteczek.

- Dziękuje Noro – Georg nawet nie odwrócił się od okna. Gregor palił jedno cygaro za drugim. Jego gabinet powoli zatapiał się w dymie

Mężczyźni siedzieli w półmroku, który rozświetlało jedynie punktowe światło lampki wydobywające z ciemności leżące na biurku stosy dokumentów.

Ulica ucichła.

Mijały kolejne nocne godziny.

Za oknem co pewien czas słychać było jedynie głos syren karetek pogotowia i wyjące z oddali alarmy samochodów

Andrzej rozpiął na piersiach koszulę, był spocony, miał zmierzwione włosy.

Gregor zdjął marynarkę. Jego droga koszula pozostała jednak nieskazitelna.

Przy jej mankietach brylantowo połyskiwały drogie spinki.

Polak czuł napływające do mózgu fale gorąca.

Momentami przestawał się kontrolować i wykrzykiwał:

-         To niemożliwe!

-         Możliwe, możliwe, wtedy też myślałem, że śnię – odpowiadał mu z dobrotliwym uśmieszkiem Georg.

Dolewał kawy i płynęli dalej, przez dziesiątki dokumentów, zdjęć, rachunków.

                            Wczesnym rankiem kierowca rozwożący bułki do pobliskich sklepów, ze zdziwieniem spostrzegł, jak z biura szacownego pana Gregora Kravczika wyszedł szczupły mężczyzna w średnim wieku. Pod pachą ściskał pękatą teczkę.

- O tej porze nikogo tam nie ma, czyżby coś się stało? – pomyślał.

Zaniepokojony spojrzał w okno biura doktora Kravczika, dojrzał gospodarza, który posłał mu ciepły uśmiech.

Uspokojony zabrał się więc za wyładowywanie skrzynek z gorącymi bułeczkami...

Zajęty swoją czynnością nie zauważył, jak w ślad za mężczyzną z teczką podążył cień, który w momencie gdy Andrzej wyszedł z biura, oderwał się z za załomu ściany szarego budynku naprzeciw biura Kravczika.

Zaspany Andrzej też nie był w stanie go dojrzeć...

 

***

Dwadzieścia lat wcześniej.

 

                   Gabinet generała Romana Misztalskiego przypominał przedział kolejowy. Co chwila wpadali do niego nowi oficerowie, a inni z trzaskiem obcasów odmeldowywali się i wybiegali.

Na koniec szef II Zarządu Sztabu Generalnego Ludowego Wojska Polskiego zamknął się wyłącznie w towarzystwie oficerów z tajnej sekcji „Y”.

-         Zarówno my jak i towarzysze radzieccy jesteśmy pewni, że zmiany w Europie są tylko kwestią czasu. Musimy się przygotować do nowej sytuacji. Co w nowym ustroju daje władzę

Misztalski powiódł po obecnych srogim spojrzeniem.

Większość z tych twarzy znał od wielu lat. Kilku pułkowników, trzech młodych majorów, jeden kapitan. Miał do nich absolutne zaufanie. Każdego z nich miał w ręku. O każdym wiedział wystarczająco dużo, aby słuchali go bez mrugnięcia powieki.

-         Obywatelu generale tak mi się wydaje, że najważniejsze są pieniądze.- wyrwał się gruby pułkownik o czerwonej, spoconej twarzy.

Mielejczyk, zwany „Dużym Budyniem”, był maskotka sekcji „Y”. Umysł miał równie lotny jak sylwetkę i właściwie nikt nie wiedział jak trafił do sekcji. Był jednak nieszkodliwy i pocieszny, więc cała reszta traktowała go z wielką wyrozumiałością. Poza tym nikt inny nie potrafił, tak jak „Duży Budyń”, z poważną mina wznosić najbardziej lizusowskich toastów na cześć przełożonych. Był funkcjonalny, wykonywał za nich najbardziej obrzydliwe obowiązki.

Misztalski pokiwał w zamyśleniu głową.

-         Tym razem „Budyniu” trafiłeś w samo sedno. Mamy zorganizować pieniądze i to nie takie jak rajdowcy Jaroszewicza, czy te menty z jedenastki od Kiszczaka. Tu chodzi o pieniądze, które zbudują….hmm… – zawahał się i spojrzał na swoich oficerów.

-         Zbudują nam nowe życie, nam czyli patriotom – dokończył ściszonym głosem.

Bardzo lubił jak jego słowa wywoływały napięcie na ich twarzach.

-         To nie będą złodziejskie sztuczki Milewskiego. Tu chodzi o stworzenie systemu, który będziemy mieli w ryzach przez wiele lat. Jestem po rozmowach z Rosjanami. Oni działają w innej skali, chcą obrobić Bank Światowy! My zrobimy to na naszą skalę,  inteligentnie i w rękawiczkach. Tak jak zawsze – odsapnął wyraźnie zadowolony z wrażenia jakie na twarzach obecnych wywołała jego oracja.

Misztalski nie powiedział swoim oficerom wszystkiego. Od kilku miesięcy krążył pomiędzy Berlinem, Moskwą, Praga i Budapesztem. Brał udział w tajnych spotkaniach, na których starannie wyselekcjonowani przez dwóch generałów z zarządu finansowego KGB oficerowie z państw Układu Warszawskiego omawiali plan „Raboczaja tietradź”. Nazwa wzięła się od przekazanego Gorbaczowowi przez Andropowa zeszytu, w którym zapisane były aktywa wywiadu sowieckiego rozmieszczone w różnych krajach oraz pracowicie rozrysowany plan transformacji krajów z Bloku Wschodniego, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, miały się przemienić w pełnoprawnych członków kapitalistycznego świata.

Andropow, mistrz obliczonych na dziesiątki lat tajnych gier, zdążył przed śmiercią wprowadzić w życie plan swojego życia, plan, który za kilkadziesiąt lat, gdy historycy zajrzą do archiwów, da mu miejsce w pierwszym szeregu największych umysłów świata.

Jeszcze za życia, Andropow stworzył krąg ludzi, którzy niezależnie od zmieniającego się kierownictwa KPZR, pieczołowicie realizowali jego pomysły. W Związku Sowieckim byli to ludzie z elity tajnego działu finansowego KGB, podobnie w Czechach i NRD wybrano ludzi ze służb cywilnych. W Polsce sytuacja była jednak inna, od 1981 roku kiedy Ministrem Spraw Wewnętrznych został Czesław Kiszczak, jedynie wojskowe służby zasługiwały na zaufanie ludzi Andropowa. Jednym z wybrańców był właśnie generał Misztalski.

Dzień przed naradą w warszawskim sztabie wrócił z Berlina, gdzie w willi Stasi, niedaleko Aleksanderplatz doszło do zadziwiającego spotkania. Przy dużym, prostokątnym stole zasiedli naprzeciw siebie ludzie z wywiadu Markusa Wolfa, dwóch oficerów z XXII oddziału MfS zajmującego się sprawami terroryzmu oraz ....przedstawiciele mafii tureckiej. 

Misztalski został zaproszony bowiem Warszawa od dłuższego czasu słynęła z produkcji najczystszych chemicznie tabletek LSD i „extasy”.

 Wywiadowcy Stasi z grupy „Warszawa” od dawna donosili swojemu szefowi Erichowi Mielke, że syntetyczne narkotyki z Polski produkowane są w Centralnym Laboratorium Kryminalistyki Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej w Warszawie. Rozprowadzali je potem agenci z departamentu pierwszego MSW i ludzie z „jedenastki”. Produkcję narkotyków kontrolowali jednak wojskowi z grupy Misztalskiego i oni też zbudowali trasy kurierskie na Zachodzie Europy.

Organizatorzy spotkania uznali więc, że Misztalski może być bardzo pomocny przy rozmowach o uruchomieniu potężnego kanału przerzutu heroiny z tureckiej Anatolii do Holandii. Jak oceniali Turcy, taka działalność powinna przynieść dochód ponad 2 miliardów spotkanie utwierdziło go w przekonaniu, że stał się ważną częścią największej w Europie maszyny do robienia pieniędzy.

Nawet przedstawiciele włoskiej Ndranghetty, którzy prosili go w Warszawie o opiekę nad siecią pizzerii, którą zamierzali otworzyć w Polsce, pokornie uznali, że nie są w stanie konkurować z „siecią Andropowa”.

Misztalski spoglądał na swoich ludzi z satysfakcją, to był doskonały zespół, właściwie zastanawiał się tylko nad jedną kwestią – jak wytrzymają ciśnienie ogromnych pieniędzy, które w ciągu najbliższych miesięcy spadną na ich głowy?.

Szczególnie uważnie przyglądał się niewysokiemu majorowi o kwadratowej, pospolitej twarzy.

Na pewno był najbardziej niechlujny w tym gronie, przepocony pod pachami mundur, braki w uzębieniu i niedokładnie ogolony podbródek, jednak to właśnie on najbardziej nadawał się do odegrania w planie Misztalskiego głównej roli – był inteligentny, nieprzemakalny i patologicznie wręcz uczciwy .

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (52)

Inne tematy w dziale Polityka