Dowiedziałem się, że kilka poważnych person w najlepszej z telewizyjnych stacji uważa, iż film o Wałęsie, który trafił do sieci dostał się tam z moją pomocą. Ktoś nawet "wdrożył korporacyjne śledztwo".
Dowiedziawszy się o tym usiadłem i głęboko zaciągnąłem się powietrzem. Jak to wspaniale być wszechsprawczym demiurgiem. Kiedy jednak oprzytomniałem, zdałem sobie sprawę z faktu, że z filmem owym miałem do czynienia tyle co z niejakim Milanem Suboticem. Po prostu wiedziałem, że powstaje. Z Suboticem miałem nawet do czynienia więcej, ale o tym należy napisać odrębną historię.
Ani film, ani jego autorzy nigdy nie budzili mojej żywszej reakcji, z tego prostego powodu, że niczego nowego o Lechu Wałęsie nauczyć mnie nie mogli.
Film obejrzałem w pięciu częściach na salonie ot i wszystko. Dowiaduje się jednak, że jeden z autorów filmu został z najlepszej stacji wydalony, za co? za ten film?
Dalibóg nie pojmuje dlaczego najlepsza stacja tak nerwowo przebiera nogami w tej sprawie? Nie wystarczy puścić film i uciąć spekulacje? Po filmie można urządzić rzeczową dyskusję z udziałem ekspertów....
No chyba, że pomiędzy tańcami, talentami i modelkami nie ma już miejsca na takie "michałki".
Inne tematy w dziale Polityka