Przez całe życie wydawało mi się, że jestem lekko przechylony w stronę antyklerykalizmu. Działo się tak chyba z wrodzonej przekory.
Po 1989 roku odbyły się tysiące pompatycznych imprez, na które z urzędu zapraszani byli duchowni różnych szczebli. Każdy z liczących się polityków czuł się w obowiązku, przynajmniej raz, pochylić czoło wobec jakiegoś purpurata. Przecięcia wstęg, publiczne święcenia, pusta nowomowa.
Fakt, to wszystko rodziło odruch znużenia, krytycyzmu. Jak wielu przekornych i ja nie miałem ochoty śpiewać w jednobrzmiącym chórze.
Działo się tak aż do ostatnich miesięcy. Całkiem niedawno połapałem się jednak w tym, że coraz wyraźniej z wielu publicznych tub sączy się, zrazu nieśmiały strumyczek, a teraz już całkiem wartka rzeka, zniechęcania do osób w sutannach.
Na pewnym popularnym portalu zauważyłem, że dzień bez księdza pedofila, kłamczucha, hipokryty czy nawet aferzysty, to dzień stracony.
Dawniej w takich enuncjacjach celowało „Nie”, ale to była pozycja wyraźna. Każdy czytając to pismo wiedział z czym ma do czynienia.
Teraz sytuacja wyraźnie się zmieniła.
Toczą się więc rozważania na temat hipokryzji celibatu, księży którzy porzucili swój stan. Publicznie rozważa się archaiczność katolickiej doktryny. Padają postulaty, aby unieważnić niektóre zasady, jako nie przystające do modernistycznej wizji Polski.
W pewnym momencie termin: „Polak – Katolik” zaczął nawet brzmieć jak obelga – synonim zacofania i ciemnoty.
„Parafiańszczyzna” stała się powszechnie rozumianym określeniem oportunizmu i ciasnoty umysłowej.
Niektórzy księża, ci „oświeceni”, zaczęli publicznie podszczypywać swoją instytucję.
Sama deklaracja coniedzielnego uczestniczenia w Mszach Świętych stała się w wielu kręgach niemodna i godna co najwyżej kpiny.
Opiniotwórcze media tworzą dziś obraz księdza podejrzanego moralnie, łasego na dobra materialne i żerującego na wspólnocie wiernych. Przykładów jest takie mnóstwo, ze nawet nie mam ochoty ich przywoływać.
Czy więc instytucjonalna wiara stała się pustym rytuałem?
Czy polscy zapateryści mają rację chcąc rugować religijne symbole z przestrzeni publicznej?
W takiej sytuacji coraz mocniej odzywa się we mnie potrzeba opowiadania o dziesiątkach znanych mi wspaniałych ludzi w sutannach. O księżach działających z wielkim poświęceniem w swoich społecznościach. O głębokich ludziach którzy niejednokrotnie prostowali moje ścieżki.
Pamiętam księdza Jana Trybobę, który uczył mnie religii w parafii ojców Salwatorianów w Zakopanem. Kiedy opuściłem lekcję, a potem tłumaczyłem się, ze chciałem obejrzeć ulubiony serial w telewizji, narysował mi na czole telewizor. Obraziłem się, ale już następnego dnia grał z nami w piłkę, i wtedy zobaczyłem, że nosi starą, połataną sutannę.
Jak poszliśmy na narty to wzbudzał śmiech wywracając się na starych, drewnianych nartach okutych archaicznymi, sprężynowymi wiązaniami. Pożyczył je od – dobrych ludzi – jak wyjaśniał. Nigdy nie miał porządnych butów, a jak już dostawał takowe od litościwych parafian, to natychmiast oddawał je Lesiowi – pijaczkowi, albo sprzedawał i pieniądze zanosił do rodziny Marceli, bo nie mieli taty. W końcu wyjechał do Brazylii i pracuje na przedmieściach jakiegoś dużego miasta.
Pamiętam wspaniałego dominikanina ojca Ludwika Wiśniewskiego, z którym nigdy nie zgadzałem się z powodu jego, lewackich, jak mi się wówczas (w krakowskich latach osiemdziesiątych) wydawało, poglądów. Wisniewski wytłumaczył mi jednak wiele zawiłości współczesnego świata. Łajał, mobilizował, niechcący organizował spotkania z najbardziej interesującymi działaczami i myślicielami ówczesnej, PRL – owskiej, Polski.
Takich Wisniewskich i Trybobów spotkałem w życiu dziesiątki. Znam wielu księży, do których po prostu lgnę, bo dodają otuchy, pokazują perspektywę, pomagają znaleźć drogę.
Przypominam sobie jak z zapartym tchem czytałem polemiki księdza Kłósaka z Leszkiem Kołakowskim. Jak Innocenty Maria Bocheński, swoimi celnymi tekstami, otwierał mi oczy.
To wszystko jest mało ważne?
Jeśli tak, to dziś chce wam powiedzieć, że księża pedofile, złodzieje, hipokryci i pyszałkowie to ledwie margines tego środowiska. O większości z nich czytałem jedynie w mediach.
W życiu przeważnie spotykałem dobrych, wartościowych ludzi w sutannach.
Jeśli obrona ich dobrego imienia kwalifikuje mnie do bycia „moherem” i bigotem, to z pełną świadomością ubieram na głowę włóczkowy beret!
Tym bardziej, że u nas, w Krakowie, „beretka” jest ciągle trendy.
Inne tematy w dziale Polityka