Niedawno pisaliśmy, że głosowanie listowne stwarza możliwość prostych i niewykrywalnych fałszerstw wyborczych, które być może miały m iejsce w wyborach prezydenckich w Austrii.
Dzisiaj kolejny przykłąd. W USA miały miejsce prawybory Partii Demokratycznej. O nominację walczyli ze sobą Bernie Sanders i Hilaria Clintonowa. Hilaria, jak wiemy, wygrała.
Ale mądrzy ludzie zauważyli dziwną prawidłowość.
W różnych stanach głosowanie wygląda różnie. W jednych jest na kartkach, w innych za pomocą maszyn do głosowania, rozmaitych typów. Czasem jest tak, że człowiek dostaje kartę do glosowania, zamalowuje na niej kwadracik przy nazwisku kandydata a potem wszuca do maszyny, która odczytowuje głos i od razy zlicza. A czasem podchodzi do kabiny i naciska guzik przy nazwisku kandydata. Każdy stan ma swój sposób.
Systemy do głosowania możemy podzieliś na dwie grupy: takie co zostawiają "paper trail" - czyli dowód oddanego głosu na papierze (np. wyborca zaznacza coś na kartce, kartka jest zliczana automatycznie ale pozostaje w urnie i w razie czego można przeliczyć jeszcze raz ręcznie). I takie gdzie nie ma żadnego "paper trail" - czyli nie ma żadnego śladu oddania głosu na papierze. Np. wyborca naciska guzik, komputer zlicza i nie wydaje żadnego papierowego kwitu na kogo oddano głos.
Okazuje się, że w stanach gdzie systemy wyborcze pozostawiają ślad odanego głosu "na papierze" - wygrał Sanders. Tam gdzie śladu nie ma - wygrała Hilaria.
Czy to znaczy, że Hilaria dopuściła się fałszerstw? Nie. Ale - może.
Morał: zakazać głosowania elektronicznego. Głos ma być oddany na kartce papierowej i liczony ręcznie na oczach komisji oraż mężów zaufania. Powtarzamy jeszcze raz: "Te elektrony to nie wiadomo dla kogo pracują".
Inne tematy w dziale Polityka