Polityka nie jedno ma oblicze - to truizm. Politykę można uprawiać np. po to aby zapewnić bezpieczeństwo na stadionach (polityka bezpieczeństwa), ale również po to aby zyskać na popularności (polityka stadionowa). Po koalicji z LPR i Samoobroną, polityce narkotykowej, grze trumnami, ta stadionowa stała się nowym lajtmotywem Prawa i Sprawiedliwości.
Rząd prowadzi politykę bezpieczeństwa - to jego konstytucyjna powinność. Zakaz stadionowy uderza przede wszystkim w kluby piłkarskie, pozbawiając je dochodów ze sprzedaży biletów i w pseudokibiców, ograniczając im dostęp do aren walki. Niestety dotkliwy jest także dla kibiców przychodzących na stadiony aby uczestniczyć w wydarzeniu sportowym a nie brutalnej bijatyce. Zakaz stadionowy wskazuje także, komu tak naprawdę powinno zależeć na utrzymaniu porządku na imprezach piłkarskich.
Administracje stadionów najczęściej bardzo dobrze wiedzą skąd może nadejść zagrożenie, dlatego dziwi ta cicha solidarność z pseudokibicami. To, że dotychczas ich nie wyeliminowano można tłumaczyć jedynie źle pojętym zyskiem. Zyskiem, jak pokazują wydarzenia na stadionie „Zawiszy” w Bydgoszczy za cenę bezpieczeństwa. Zakaz stadionowy może zamienić dochód za wszelką cenę w permanentną stratę.
Zakaz stadionowy jako środek nacisku na kluby sportowe i kibiców był z powodzeniem stosowany zagranicą i przyniósł oczekiwany skutek – poprawę bezpieczeństwa na imprezach sportowych. Dziś to nie angielskie, czy holenderskie trybuny są miejscem gorszących scen, a polskie. Tak silny opór przed zastosowaniem sprawdzonej i skuteczniej metody wymaga zdecydowanej i solidarnej postawy społecznej od wszystkich, którym zależy na przywróceniu właściwych zachowań sportowych.
Dyskusja o zakazie stadionowym ma wymiar jedynie społeczny, i taki powinna mieć. Problem został jednak upolityczniony i to za sprawą Prawa i Sprawiedliwości, co zdecydowanie osłabia skuteczność podjętych działań i środków zapobiegawczych. Głośne podważanie decyzji o zamknięciu stadionów jest wezwaniem do wyegzekwowania „praw kibiców” pod stadionem. Czyżby pseudokibice znaleźli sobie potężnego protektora?
PiS prowadzi politykę stadionową. Mariusz Błaszczak wystąpił w piątek z interpelacją do premiera Donalda Tuska aby przedstawił zakres planowanych zmian w prawie dotyczącym organizacji imprez masowych. Szef klubu PiS zarzucił premierowi, że działania podjęte po wydarzeniach na stadionie „Zawiszy” w Bydgoszczy przypominają te sprzed roku – „pokazówkę z zamykania sklepów z dopalaczami”. Dalej Błaszczak perorował: „Nie broniąc indywidualnych przypadków łamania prawa przez osoby związane z tym środowiskiem, ostatnio głośno przedstawianych w środkach masowego przekazu, należy sprzeciwić się stosowaniu zbiorowej odpowiedzialności wobec wszystkich kibiców”.
Rzecz nie w odpowiedzialności zbiorowej ale w utworzeniu silnego frontu sprzeciwu wobec jednostek wszczynających burdy. Zakaz stadionowy nie jest bardziej dotkliwy niż bitwy stadionowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie zabierze na takie wydarzenie żony ani dzieci. Szkoda, że Błaszczak nie chce tego pojąć. Jego partii za to udało się zwietrzyć kolejny pretekst aby dołożyć rządowi Donalda Tuska, pokazać, że znowu sobie nie radzi, zyskać kilka punktów procentowych w słupkach popularności. Nie służy to zupełnie poprawie bezpieczeństwa na stadionach. Nie jest to głos konstruktywny w dyskusji o zapobieganiu przemocy podczas wydarzeń sportowych. Jeśli ktoś na tym zyska, to tylko Prawo i Sprawiedliwość łącznie z przewodniczącym Błaszczakiem, ramię w ramię z pseudokibicami.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)