Zawarto ugodę w sprawie wytoczonej przez Jacka Kurskiego aktorce Annie Cugier-Kotce. Kurskiego dotknęło do żywego to, że w wywiadzie, którego kotka udzieliła specjaliście od politycznego wizerunku, Piotrowi Tymochowiczowi, ujawniła, iż to właśnie on, złotousty buldog Kaczyńskiego, kazał jej upublicznić fakt pobicia, a na dodatek „wyreżyserował” jej wypowiedzi medialne na ten temat w czerwcu 2009 r.
Jak relacjonowała wówczas Kotka, na jednej z warszawskich ulic zaczepiło ją trzech mężczyzn, naubliżało i poturbowało. Kurski podobno stał za tym, aby skierować podejrzenia na „bojówki PO”. Gdy sprawa wyszła na jaw „mózg zadymy”, animator afery z dziadkiem Tuska, rajdowiec, „bo dobrze mu się jechało”, wszystkiemu zaprzeczył. Sugerował, że sprawa ma podłoże polityczne, a chodziło o to aby zakłócić narodową żałobę po katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku.
Kotka przeprosiła za „bezprawne naruszenie dobrego imienia” Jacka Kurskiego. Dodała jednak, że nie czuje się winna, a zdecydowała się na zakończenie tej sprawy, bo kosztuje ją ona za dużo nerwów. Do tego zdementowała, że Kurski cokolwiek wyreżyserował, a już w żadnym razie co ma mówić „w związku z jej udziałem w kampanii medialnej".
Sprawa, jak zawsze w przypadku Kurskiego, śmierdzi. Nie wiadomo, czy „ciemny lud miał kupić” ówczesne zeznania Kotki, czy może te najświeższe. Jest jeszcze rzecz bardziej niepojęta – o jakie dobre imię tu chodzi?... Trudno uwierzyć w całą tą sprawę, a najtrudniej w brak zaangażowania Jacka Kurskiego i to na każdym jej etapie. Łatwo sobie jednak wytłumaczyć, że Kotka nie wytrzymuje presji, dość ma medialnej eksploatacji reżyserowanej przez Kurskiego, i chce się w końcu wyplątać się za wszelką cenę z sideł zarzuconych przez pupila capo di tutti capi Prawa i Sprawiedliwości...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)