W Lublinie zaginął baner. Nie żaden potykacz, plakat, czy transparent sześć-na-dziewięć. Baner miał 15 m na 20 m i ważył około 120 kg. Jak go stawiali, to wbili w ziemię ponad 70 szpil. Na banerze umieszczono wizerunek kandydata do Sejmu Zbigniewa Wojciechowskiego. To on zawiadomił Policję o zaginięciu banera.
Wojciechowski kandyduje z ramienia PJN-u, co może mieć istotne znaczenie, bo banery z wizerunkami kandydatów innych partii stoją tam gdzie stały. Sam Wojciechowski wysnuł trzy prawdopodobne hipotezy przebiegu operacji „baner”. To mógł być „psikus”młodzieży, która chciała się zabawić, wybryk chuligański, albo „zorganizowana akcja” mająca mu zaszkodzić. Za tą ostatnią tezą przemawiają wymiary banera, jego ciężar, konieczność wyrwania 70. szpil, a także to, że do jego zamontowania potrzebna była kilkuosobowa ekipa, podobnie jak do jego wymontowania. Wygląda więc na to, że złodzieje mieli jakąś większą urazę do PJN-u, a może do samego kandydata, Zbigniewa Wojciechowskiego, też. Za młodzieńczy psikus można by uznać domalowanie Wojciechowskiemu wąsów, za chuligański wybryk – powiedzmy genitaliów męskich na czole. Zniknięcie banera to kradzież... i sprawa polityczna.
Wojciechowski apelował: „Wybaczam, oddajcie baner”. Baner się znalazł po półtora dnia w mieszkaniu oddalonym o dwie przecznice od miejsca skąd zniknął. Właściciel mieszkania tłumaczył się, że baner „zabezpieczył” i wziął do domu po tym jak przewrócił go wiatr. Szef ekipy, która montowała baner twierdzi, że to niemożliwe aby wiatr go przewrócił. Dodaje, że był dobrze przytwierdzony do ziemi i na dowód pokazuje inne, stojące obok, którym nic się nie stało.
Pozostaje więc motyw polityczny. Jak dotąd nie zostało ujawnione, której partii „troskliwy” obywatel chciał dopomóc. Jasne jest jedynie, której chciał zaszkodzić. Pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej wywołać może jednak sprzeciw ze strony Prawa i Sprawiedliwości - partii dbającej o niemal sterylną wolność polityczną i prawo do wyrażania własnego zdania w każdej formie.
Taka reakcja Prawa i Sprawiedliwości jest bardzo prawdopodobna z dwóch względów. Przemawia za tym zdecydowany protest działaczy PiS-u, przeciw represjonowaniu kiboli. Kibole stali się zresztą oczkiem w głowie partii Jarosława Kaczyńskiego od chwili, gdy zaczęli urządzać burdy stadionowe pod sztandarem PiS-u. A drugi z powodów jest jeszcze bardziej prozaiczny. Jeden z lokalnych działaczy PiS-u stwierdził publicznie, że w wyborach powinno się głosować nie tylko za wybraną partią, ale także przeciw innej, wybranej partii. Wówczas od głosów dodatnich odejmowałoby się głosy ujemne.
No cóż… Takie rzeczy to tylko w PiS-ie


Komentarze
Pokaż komentarze (6)