107 obserwujących
373 notki
1069k odsłon
  2303   0

Waszyngton gra kartą atomową

John Bolton jest w Moskwie. Wczoraj spotkał się z szefem Rady Bezpieczeństwa, generałem Patruszewem, z którym rozmawiał ostatnio w Genewie w sierpniu, a dziś (wtorek), jak podały agencje planowane jest spotkanie z prezydentem Putinem. 

    Oczywiście, głównym tematem rozmów jest sobotnia deklaracja prezydenta Trumpa o tym, że Stany Zjednoczone mają zamiar wycofać się z zawartego jeszcze za czasów Gorbaczowa, porozumienia w sprawie redukcji rakiet średniego zasięgu z głowicami jądrowymi (500 – 5000 km), ale kwestie natury dyplomatycznej, w tym perspektywa nowego spotkania na szczycie też są podnoszone. Nie ma w tym niczego dziwnego, bo wbrew powszechnemu mniemaniu to nie rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, ale aparat Rady Bezpieczeństwa jest głównym narzędziem polityki zagranicznej Moskwy. Przy okazji pobytu w Moskwie Bolton udzieli Kommiersantowi wywiadu. Co powiedział? Po pierwsze przypomniał, że już 5 lat temu, za czasów administracji Obamy Amerykanie doszli do wniosku, że umowa jest przez Rosjan łamana. I wówczas, jego zdaniem, należało albo wezwać Moskwę do poszanowania traktatów, albo podjąć stosowne działania. Administracja Obamy nic nie zrobiła, co zostało w Rosji odebrane i jako oznaka słabości i jako przyzwolenie na kontynuowanie przez nią tego rodzaju polityki. A teraz, jak kilkakrotnie oświadczył Bolton, mamy do czynienia z sytuacją, że istnieje porozumienie, które wiąże dwa tylko kraje na świecie, przy czym jeden tego traktatu nie wypełnia. A zatem, w jego opinii, którą podziela prezydent Trump, traktat wiąże ręce wyłącznie Ameryce, a inni, tzn. Rosja, ale przede wszystkim Chiny, których 90 % potencjału nuklearnego znajduje się na objętych rosyjsko – amerykańskim porozumieniem rakietach, robią, co chcą. Tym bardziej, że, jak dodał doradca ds. bezpieczeństwa prezydenta Trumpa, w trakcie rozmów, jakie już prowadził z ekspertami rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa, już zdążył się zorientować, że Moskwa odrzuca wszelkie oskarżenia o łamaniu porozumienia.

    Pytany przez dziennikarkę, czy decyzja Waszyngtonu jest nieodwołalna, odpowiedział, że nie, ale po to, aby Ameryka nadal chciała honorować jego zdaniem jednostronne ograniczenia, najpierw Chiny musiałyby zniszczyć 90 % swego potencjału rakietowego, a Rosja musiałaby zaniechać polityki naruszeń, potem wszyscy wspólnie musieliby zdyscyplinować kraje takie jak Iran czy Koreę Pn. i wreszcie należałoby podpisać nowy, wielostronny układ. Jak Bolton szacuje możliwość realizacji takiego scenariusza? W jego opinii to 0 %. Dodał przy okazji inne istotne komentarze – otóż w jego opinii Waszyngton rozpatruje łącznie dwie sprawy – kwestię omawianej umowy oraz porozumienia, którego ważność upływa w 2021 roku, dotyczącego ograniczenia strategicznych arsenałów nuklearnych i jeżeli żaden przełom w zakresie rakiet lądowych średniego zasięgu nie zostanie osiągnięty, to i ten traktat winien umrzeć śmiercią naturalną. I wreszcie Bolton powiedział, że w jego opinii jest rzeczą dość dziwną, że ograniczenia dotyczą rakiet lądowych, a te rozmieszczone na innych nośnikach – okręty i samoloty, mogą być swobodnie rozwijane, produkowane i wchodzić na wyposarzenie armii. W całej sprawie jest też dość istotny kontekst dyplomatyczny, bo póki, co stanowisko Waszyngtonu poparł Londyn, a Berlin i Paryż zachowują dość wymowne milczenie.

    Rozwiejmy przy tym wątpliwości. Obydwie europejskie stolice nie mogły być tą sprawą zaskoczone, bo nowa administracja mówi o tym od jakiegoś czasu, tj. przynajmniej od ogłoszenia w lutym tego roku strategii modernizacji amerykańskiego potencjału nuklearnego, otwarcie. Jak przypomina na łamach rosyjskiej Nowej Gaziety znany analityk wojskowy Paweł Felgengauer już przy okazji brukselskiego szczytu NATO szef Pentagonu generał Mattis powiedział, że Rosja w „bezczelnie, niedopuszczalne i nieodpowiedzialne” narusza postanowienia traktatu. Warto przy okazji zwrócić uwagę na to, co pisze rosyjski analityk. Otóż, w jego opinii, wyjście Waszyngtonu z porozumienia nie poprawi militarnej pozycji Stanów Zjednoczonych. Wręcz przeciwnie, pogorszy ją, bo Amerykanie nie mają gotowych rakiet, które mogliby dyslokować, a między bajki można włożyć tezę lansowaną przez kremlowską propagandę, że mogłyby w tym celu użyć wyrzutni, które budowane są dla projektu „wojen gwiezdnych” w Polsce i w Rumunii. Amerykanie nie mają, bo Obama wielki zwolennik likwidacji broni jądrowej postanowił zacząć cały proces od siebie, i już w 2012 roku wydał polecenie, aby przekazać na złom rakiety BGM-109А Tomahawk, które mogłyby zostać w takim przypadku użyte. A Rosjanie, w opinii Felgengauera mają sporo opcji. Mają też rakiety, które dość łatwo mogliby z wyrzutni na okrętach przystosować do montażu np. na samochodach, co jest znacznie tańsze i łatwiejsze do ukrycia.

Lubię to! Skomentuj19 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka