W porannym przeglądzie prasy natrafiam na „trudne słowo w ustach obcego”. Tutaj pozwoliłem sobie wyjąć kawałek zdania z mojego wiersza.
Tym „trudnym słowem” we wspomnianej prasie są: „dziura budżetowa”, „wojsko polskie” i „polskie kły”.
O tym wszystkim czytam w najnowszym felietonie Wiesława Dębskiego, który zapytuje: po co polski rząd wydaje pieniądze na dozbrajanie armii?
Zatem postaram się, tak jak umiem i jak to rozumiem, odpowiedzieć na tak postawione pytanie, które uważam za kusząco prowokujące, z czego, jak mi się wydaje, autor felietonu doskonale zdawał sobie sprawę pisząc tekst.
Jeśli rząd ma do dyspozycji górę pieniędzy do wydania na modernizację polskiej armii, to je jakoś wyda. To czy sensownie , czy nie , to już zupełnie inna sprawa, przy której zatrzymam się na chwilę w dalsze części tekstu.
150 miliardów złotych, to imponująca kwota i wydaniu jej nie przeszkodzi żadne kryzys gospodarczy, czy kolejna przegrana biało-czerwonych w piłkę kopaną.
Nie przeszkodzi nawet kolejna afera z udziałem ministry Muchy, ani specjalisty od pożyczania markowych zegarków od podejrzanych typów jeżdżących ciemnymi kuloodpornymi autami ze znaczkami „bmw” , czy „audi”.
Wobec tak kuszącej góry żywej gotówki, z której jak znam życie, 10-12% już otrzymał pośrednik (lobbysta), a drugie tyle zniknie przy podpisywaniu następnej nietrafionej transakcji na kupno nowej kupy złomu. Chętnych do pomocy w modernizacji tych pieniędzy jest wielu.
Dlatego odpowiednie służby zostały odpowiednio „przeszkolone” i ustawione, aby najlepszym ministrom tego najlepszego z najlepszych rządów nikt nie patrzył na ręce, a nie daj boże bruździł.
Wiedza i doświadczenie życiowe podpowiadają mi, że tak czy siak przeciek będzie, i za czas jakiś dowiemy się o nietrafionym zakupie z pominięciem przetargu, albo o zakupie z ustawionym przetargiem na zakup bezużytecznych zabawek dla wojska polskiego, które z roku na rok traci kolejne „kły”.
Odkąd pamiętam w polskim wojsku zawsze się kradło – kradli ci, którzy mieli ku temu sposobność. Tutaj na myśli nie mam bynajmniej nietrafionych zakupów nawet jeśli były ustawione i ktoś wziął swoją dolę za pośrednictwo, tak jak na przykład miało to miejsce za czasów Romualda Szeremietiewa, którego podstawieni dziennikarze oskarżyli o korupcję i o to, że bezprawnie ujawnił tajemnicę państwową swojemu asystentowi Zbigniewowi Farmusowi.
Żadne z tych oskarżeń nie znalazło potwierdzenia, i po długich kilkuletnich procesach R.Sz. został całkowicie i ostatecznie oczyszczony. On sam twierdzi, że za całą sprawą od samego początku stał ówczesny minister obrony w rządzie Buzka, niejaki Bronisława Komorowski, który notabene dziś jest prezydentem RP, a który w trakcie stawiania zarzutów Szeremietiewowi powiedział, że jeśli jakikolwiek zostanie oddalony to on (Bronisław Komorowski) wycofa się z życia politycznego.
„Wojskowe służby rozpoczęły inwigilowanie mnie. Byłem śledzony. I dziś wiem, że szukano na mnie haków. To wszystko działo się na polecenie Bronisława Komorowskiego”. R. Sz.
Tam, gdzie są pieniądze zawsze pojawia się żądza, by wejść w ich posiadanie. To czy legalnie, czy nie, nie ma większego znaczenia.
Posowieckie LWP wykształciło ten nawyk doskonale. Z posiadanej wiedzy, dziś śmiało można postawić twierdzenie, że początek „afery paliwowej” rozpoczął się w ostatniej dekadzie istnienia PRL & LWP. Mentalność i nawyki zostały i sąd zapewne „stare” wciąż ma się dobrze.
Kiedy syn naszego kosmonauty kradł broń, generał – jak się miało okazać, prawdziwy człowiek honoru, a nie jakaś tandetna podróbka Michnika, powiedział, aby sprawcę osądzić z całą mocą prawa.


Komentarze
Pokaż komentarze