Po świętach gazety rozpisują się o większej niż zwykle liczbie zabitych na drogach i mniejszej pijanych kierowców zupełnie zapominając o kataklizmie jaki według wielu publicystów miał spaść na nas wszystkich w ten grudniowy czas. Polskie rodziny miały zasiąść przy pustych stołach, zwalniani z pracy pracownicy centrów handlowych pakować swoje klamoty, a panie domu patroszyć z braku karpia rybki akwariowe…
Jak ktoś nie wie, o co chodzi to przypominam, że właśnie przeżyliśmy pierwszą wigilię i święta bez handlu w sklepach i supermarketach. Temat ten nie rusza dziś ani zwolenników ani i przeciwników zakazu, bo po prostu nic się nie stało. Polacy to, co mieli kupić, kupili w poniedziałek, ekspedientki dzieliły się w domu z dziećmi i mężami jajkiem, a w warszawskich supermarketach nie tylko nie zwalniają sprzedawców ale szukając nowych obiecują cuda na kiju tym, których udało się dotąd zatrudnić.
Cała batalia o prawo do świętowania dla ekspedientów skończyła się więc zanim się na dobre zaczęła. Niby wiec nie ma sensu o tym pisać ale chyba warto pokazać palcem ten chyba najbardziej wyrazisty przykład nędzy stojącej za większością debat w naszej polityce.


Komentarze
Pokaż komentarze