Podobnie, jak 99,9 % komentujących nie czytałem „Strachu” Jana Grossa, bo nie trafił jeszcze do polskich księgarń. Sugerowałbym jednak już dzisiaj wzięcie głębokiego oddechu i…odpuszczenie sprawy. Niezależnie od tego, czy „Strach” to szczera prawda, czy insynuacje Gross już wygrał. Dziś spór może się toczyć jedynie o ilość zer na koncie wydawcy, a nie prawdę historyczną jaką, by ona nie była.
Ta książka skierowana jest do wszystkich, za wyjątkiem Polaków, jest na swój sposób literacką wersją "Borata". I tak, jak „Borat” stał się dla Amerykanów podstawowym źródłem wiedzy o Kazachstanie, tak "Strach" o Polsce. Analogie są niestety dalej posunięte. Mogli kazachscy oficjele, artyści, ambasadorzy przekonywać świat, że w ich kraju nie sypia się z 10-letnimi dziewczynkami, nie pije końskiego moczu, nie eksportuje włosów łonowych i w końcu nie urządza polowań na Żydów, a świat i tak swoje wiedział i tłumnie walił do kin. Sam Borat urządzał zabawne konferencje prasowe przed placówkami dyplomatycznymi Kazachstanu, przekonywał, że nieprawdą jest iż w „jego kraju” kobiety nie biegają już za autobusem, bo pozwolono im jeździć z mężczyznami w środku. Udało mu się zgrabnie wciągnąć protesty dyplomatyczne Kazachstanu do kampanii promującej ten skądinąd zabawny film.
Rządzącym Polską można zadedykować gorzkie słowa, jakie kazachska opozycja skierowała w tym kontekście do prezydenta Nazarbajewa: „Gdyby rząd nie zaspał, dbał o wizerunek Kazachstanu na świecie nikt, by go nie pomylił z „Boratstanem”. A tak już nawet nie ma sensu zapraszać gości na prelekcje do ambasad, bo nikt nie przyjdzie. Amerykańscy intelektualiści nie będą sprawdzać, czy im w kieliszkach zamiast wina nie zaserwowano końskiej uryny”.


Komentarze
Pokaż komentarze