Czytając relacje ze sporów prezydencko - rządowych można odnieść wrażenie, że oprócz władz wykonawczych, ustawodawczych i sądowniczej (a czasami także IV władzy mediów) wykluwają nam się 2 nowe: pilota i borowika. Jako pierwszy śmiałą koncepcję konstytucyjną rodem z wersalki w salonie zaprezentował szef MON - kto ma pilota ten ma władzę. Dzisiaj przebił go premier sugerując, że każdy borowik ma prawo zabronić prezydentowi podróży, gdy uzna ją za niebezpieczną.
Gdyby potraktować te koncepcje poważnie należałoby chyba dać społeczeństwu prawo do wyboru tych nowych, wyższych od prezydenckiej, czy premierowskiej władz RP. Skoro to pilot i borowik decydują w sensie jak najbardziej dosłownym o kierunkach polskiej polityki zagranicznej zasadnym byłoby danie im jakiegoś mandatu, najlepiej pochodzącego z demokratycznych wyborów. Dla zaoszczędzenia kosztów można byłoby dorzucić wyborcom dodatkową kartę do głosowania już w czasie najbliższych wyborów do parlamentu europejskiego. Nie od rzeczy byłoby też poprosić prezydenta Sarkozego, by na najbliższym szczycie UE przygotował dla polskiej delegacji 4 krzesła - dla premiera, prezydenta, pilota i borowika. Profesora Winczorka warto zapytać o możliwośc wprowadzenia do nowej ustawy kompetencyjnej precyzyjnych zapisów, by nie było sporu o to, kto ma zostać w domu, gdy na szczyt z niedoborem krzeseł zechcą polecieć równocześnie i pilot i borowik. Inaczej grozi nam kolejna międzynarodowa kompromitacja, gdy pilot odleci bez borowika, zabierze mu z portierni identyfikator, a borowik w zemście wyczarteruje sobie samolot i przyłoży w karczycho jak nie przymierzając ostatnio prezydent premierowi w Brukseli.


Komentarze
Pokaż komentarze