Ja wszystko rozumiem.
Że szkoła w PRL-u uczyła tylko języka przyjaciół.
Że kursy u metodystów, to był high-life.
Że młodość przeleciała na rozrzucaniu ulotek, walce z komuną, internowaniach, styropianie i takich tam…
Że były inne priorytety.
Gdy słuchałam przemówienia prezydenta Gruzji w języku angielskim, było mi zwyczajnie wstyd. Za naszych polityków z prawa, z lewa i ze środka. Tych starszych i tych całkiem młodych. Że sformułowanie zdania w języku angielskim, to dla nich Himalaje możliwości.
Ze znajomością jedynego zwrotu: hallo everybody nie załatwi się nic na szczeblu zagranicznym.
Tak jak od powiedzenia: savoir vivre nie przybędzie kultury.
Dzisiaj słuchając angielskiego początku przemówienia premiera Tuska, szczęka opadła mi zupełnie.
Przypomniały mi się słowa Konfucjusza:
Jeżeli język nie jest poprawny,
Mowa nie znaczy tego, co ma znaczyć,
Jeżeli mowa nie znaczy tego, co ma znaczyć,
Nie będzie zrobione to, co ma być zrobione,
A wtedy moralność i wszystkie sztuki ulegną zepsuciu
I sprawiedliwość zejdzie na manowce
I wszyscy popadną w stan bezładnego pomieszania.
Choć miał na myśli język chiński, dla niektórych język ojczysty jest chińszczyzną. Co dopiero mówić o angielskim!
MagdaF.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)