Nie ma sytuacji bez wyjścia. I nie trzeba być ekonomistą z polskim czy zagranicznym dyplomem, żeby rozwiązać, nierozwiązywalny, jak w PRL- skup butelek, problem finansów publicznych.
Wystarczy opracować na 4-letnią kadencje, 5-letni plan. Wiadomo, nie zdążyliśmy. To wasza wina, wyborcy, że nie wybraliście nas na kolejną kadencję.
O nowych projektach reformy finansów publicznych słyszymy średnio co cztery lata. A nawet częściej.
Co to takiego jest reforma finansów? To ograniczenie deficytu i długu publicznego. Wiąże się to z uproszczeniem i obniżeniem podatków, zmniejszeniem wydatków publicznych, ale także i oszczędności na gruncie władzy i państwowej administracji. Powiedzmy sobie wprost. To eufemizm, który należy odczytać następująco: zaciskajmy pasa.
Ostatnio, Jean Vincent, który szybciej zastał ministrem niż otrzymał polskie obywatelstwo (pytam: gdzie jest Palikot?), przygotował nowy projekt.Jego główne założenia to:wdrożenie długofalowego planowania, wzmocnienie i poprawa przejrzystości finansów publicznych oraz wprowadzenie stabilnych zasad dokonywania wydatków . Jak uzasadnia resort, reforma ma za zadanie uzdrowienie sektora finansów publicznych państwa, m.in. poprzez zmianę jego organizacji i wprowadzenie nowych rozwiązań systemowych.
Wracamy zatem do nowomowy. Nowe rozwiązania systemowe, aby żyło się lepiej.
Choć to smutno zabrzmi, nie udało się to wcześniej, nie uda się również teraz. Plan Balcerowicza z 1990 skupił się na zrównoważeniu finansów publicznych poprzez eliminację dotacji dla przedsiębiorstw, a głębokie zmiany sposobu funkcjonowania instytucji publicznych pozostawił na później. Owo „później” w gruncie rzeczy nigdy nie przyszło – plany Grzegorza Kołodki z 1994 r. nadal zajmowały się bardziej stymulowaniem wzrostu produkcji niż reformami instytucji państwa. Drugi plan Balcerowicza z 1998 r., obejmujący reformy wydatków publicznych, uproszczenie podatków i zrównoważenie budżetu, pozostał w znacznej mierze na papierze. Na miano reformy finansów publicznych nie zasługiwała ani ratunkowa kotwica Belki z 2001 r., ani plany sformułowane w 2003 r. przez Grzegorza Kołodkę, natomiast plan J.Hausnera podzielił żywot drugiego planu Balcerowicza.
W połowie lat 80 udało się to Irlandii, gdzie deficyt budżetowy przekraczał 10 proc. PKB, ale na Węgrzech już nie.
Nowa polityka finansowa, którą proponuje rząd ma opierać się na budżecie zadaniowym, który do takiego planu obliguje również fundusze celowe, agencje wykonawcze i państwowe osoby prawne. Oznacza to m.in., że Rada Ministrów, przygotowując ustawę budżetową na dany rok, będzie musiała przyjąć poziom deficytu budżetu państwa ustalony w Wieloletnim Planie Finansowym. Nic to nowego, bo poprzednie musiały również do deficytu się dostosować. A o budżecie zadaniowym słyszymy od 1993 roku. Gdzie zatem ci mędrcy finansów?
"Zdaniem autora projektu, wzmocnienie oraz poprawa przejrzystości finansów publicznych ma zapewnić przede wszystkim ograniczenie form organizacyjno-prawnych sektora finansów publicznych" - napisano w komunikacie MF. W tym celu proponuje się likwidację wszystkich państwowych i samorządowych (poza nielicznymi dziedzinami) zakładów budżetowych oraz gospodarstw pomocniczych, a także utworzenie specjalnej agencji wykonawczej odpowiedzialnej za realizację kluczowych zadań.
Projekt zakłada również likwidację gminnych, powiatowych i wojewódzkich funduszy celowych. Pozostałe fundusze celowe stracą osobowość prawną i zaczną działać w postaci rachunków bankowych.
Obecne 500mld długu to w niemal 90% zasługa rządów Mazowieckiego, Bieleckiego, Suchockiej, czyli byłych towarzyszy Donka, Pawlaka i SLD.
Na skutki najnowszego pomysłu peowskiego MF przyjdzie mam jeszcze poczekać. Aż okaże się, że tak jak rząd, zniknie w odmętach niebytu.


Komentarze
Pokaż komentarze (26)