Szanowni Dziennikarze,
którzy patrzycie na nas, amatorów pióra, zza swoich ładnych zdjęć! Pokażcie nam, jak powinno się pisać felieton. By był taki, jak w tytule: krótki, finezyjny, dowcipny. Oprócz ciekawych dyskusji z Wami, chcemy się też czegoś nauczyć.
Weźcie udział (dla zabawy),w konkursie na felieton, który ogłosił na swym blogu Beautifool.
Wklejam pierwsza. Niech się dzieje, co chce...
SEX, EDUKACJA I MĄDROŚĆ NARODU.
„Ucz się Jasiu, ucz, bo nauka to potęgi klucz” –
to mądrość ludowa, która w formie nieopodatkowanej reklamy, głównie ustnej (spotów jeszcze nie kręcono), głosiła, że nauka jest wartością samą w sobie. Niekwestionowaną i nadrzędną.
Jako nauka formalna, czyli szkolna, zastąpiona łac. educatio, jest domeną Ministerstwa Edukacji Narodowej, które bynajmniej nie ze względu na kształt, jest permanentnym cyrkiem w budowie.
Ale przecież zdobywanie wiedzy nie musi odbywać się zawsze pod patronatem MEN-u. Jedni zdobywają ją na wyższych uczelniach, inni na osiedlowych podwórkach czy szkolnych boiskach, w tzw. procesie edukacji permanentnej. Czyli – niby wyedukowany, a nie profesor.
Jest jeszcze edukacja kompensacyjna. Czego nie dowiemy się z uniwersytetów i podwórek, możemy uzupełnić w mass-mediach, które choć nie dają certyfikatu, ale poszerzają nasze horyzonty, za sprawą ideowo-medialnych guru. Ci, którym nie zależy na edukacji, a jedynie papierku, wraz z budową stadionu narodowego, stracili bezpowrotnie nadzieję na uzupełnienie wykształcenia.
Wspomnę też o edukacji incydentalnej (ad hoc), wynikającej z codziennych, nieplanowanych sytuacji, które jednak są cennym źródłem wiedzy i doświadczenia. Takie polskie prawo Ohma: Nie wychodź z domu … po 22.
W rozwijaniu wiedzy nie pomoże nawet konferencja: "Od Gutenberga do MP3", jeśli nie uwzględni się edukacji seksualnej.
Wszak poseł Jerzy Szmajdziński powiedział ostatnio, że edukacja seksualna jest jak abecadło. I miał pewnie na myśli starą zabawę w klocki.
Kolejne rządy zastanawiają się nad sposobem i formą wprowadzenia edukacji seksualnej do szkół. Czy taki przedmiot będzie poważny? Czy nauczycielki, okrzyknięte tymi „od seksu” udźwigną ten ciężar? A czy uczeń nauczy się chemii, gdy skasuje się doświadczenia?Póki MEN nie ma pomysłu, a poseł Szmajdziński przygotowania pedagogicznego, z pomocą, jak zwykle, przychodzą organizacje pozarządowe. Grupa Edukatorów Seksualnych PONTON, nieformalnych wolontariuszy, działających przy Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny jest, jak na razie, niekwestionowanym autorytetem wśród gimnazjalnej i licealnej młodzieży.
Pęd młodzieży do wiedzy w tej dziedzinie był bodźcem do uruchomienia Wakacyjnego Pogotowia Pontonowego, w którym dyżurująca edukatorka seksualna (lat 27), odpowiadała na pytania i dylematy młodzieży, rozwiązywane dotąd metodami ludowymi i niekonwencjonalnymi. Typu: Ludwik nalewany do penisa, by się zwiększył, podjadanie mamie tabletek antykoncepcyjnych, leczenie się z grzesznego homoseksualizmu czy ekologiczne karmienie piersią jako zabezpieczenie przed ciążą. To rzeczywistość stanu wiedzy czy raczej niewiedzy polskich nastolatków o seksualności i dojrzewaniu.
A jak jest z dorosłymi? Czy już na pewno wyedukowani są w każdej dziedzinie? Pewnie tak, bo jedynym problemem np. posłów, jest deficyt viagry. Stąd liczne telefony do prof. Lwa Starowicza, który mówił o tym publicznie, nękany nocnymi telefonami.
Udowodniłam więc, że przysłowia są mądrością narodu. Bo „Czego się Jaś nie nauczył…” to w Dzienniku będziemy mogli przeczytać.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)