Modliła się codziennie: „Dobry Boże, spraw, aby premier nie powołał mnie na stanowisko ministra zdrowia”. I stało się.
Rzeczywiście, to chyba największa mina, której kolejne rządy od 90-tych lat nie potrafią rozbroić. Nie pomogli żadni fachowcy, specjaliści-menadżerowie, nie pomoże lekarz rodzinny Ewa Kopacz, bo ta Stajnia Augiasza czeka na Heraklesa. Ale castingu jeszcze nie ogłoszono.
Obecny rząd jest idealnym rządem na pogodę. Letnią kanikułę lenistwa i nicnierobienia. Gdy świeci słońce, zielenieje trawa na orlikach, poziom endorfin wzrasta, wszechogarniające szczęście i miłość udzielają się wszystkim, dziennikarze szyją swoje peany na cześć, a i fotografom wychodzą lepsze zdjęcia.
Ale życie jest okrutne. Hossa już była, a słońce zaszło. I choć minister Skarbu, (nie dostosowując budżetu do nowej sytuacji), Finansów i inni ekonomiści próbują lekceważyć skutki amerykańskiego kryzysu, który już jest w Europie zachodniej, wiedzą o nim bogaci, pozbywając się swego majątku.
Obecna sytuacja gospodarcza jest niekorzystna dla wszelkiego rodzaju posunięć w służbie zdrowia, które mają polegać na przekształcaniu szpitali w spółki prawa handlowego.
Już w 2004 roku, podczas debaty partii centroprawicowych ( PO, PiS-u, UW, Centrum) na temat reform opieki zdrowotnej, Platforma Obywatelska opowiedziała się za tym, aby publicznymi środkami przeznaczonymi na służbę zdrowia zarządzały różne, konkurujące ze sobą firmy, nawet prywatne, jeżeli spełnią określone warunki. Szpitale funkcjonujące jako spółki prawa handlowego, przy współpłaceniu przez pacjentów, kontrolowane byłyby przez państwo. Opowiedziała się zatem za sytuacją najgorszą z możliwych, bo prywatne szpitale przy państwowych budżetach, to pole do sztucznego zawyżania kosztów i korupcji. Obecnie, do swego pierwotnego stanowiska wprowadza małą poprawkę, oddłużenie szpitali przez państwo.I tu zdaje mi się, że znam odpowiedź, dlaczego premier z uporem obstaje przy wyjeździe na szczyt bez prezydenta.
Jak podaje niemiecka „Aerzte Zeitung” (Gazeta Lekarska), inwestorzy niemieccy są zainteresowani wejściem do polskich szpitali. Obserwują polską dyskusję na temat planów reformy systemu ochrony zdrowia, a 40-milionowa Polska jest dla nich interesującym rynkiem, z dobrze wykształconymi lekarzami, niskimi kosztami utrzymania i mniejszym wynagrodzeniem niż w UE.
Niemiecka opieka zdrowotna, choć na wysokim poziomie i przy istnieniu szpitali publicznych, prywatnych i charytatywnych, jest jednak bardzo droga. Wiedzą o tym Niemcy, dzięki którym rozwija się turystyka medyczna. To oczywista strata dla niemieckiej służby zdrowia. Co więc robią Niemcy? W analizie przygotowanej dla sejmowej komisji zdrowia, kierownik katedry Prawa Europejskiego SGH pisze:
”Wsparcie dla zakładów opieki zdrowotnej może być uznane przez Komisję Europejską za mające wpływ na handel między państwami członkowskimi i zakłócające (grożące zakłóceniem) konkurencję”.Wątpliwości dotyczą tzw. ustawy wprowadzającej. PO chce, aby przed oddaniem szpitali w ręce samorządów, oddłużyć je z państwowej kasy.
Taka forma ratowania służby zdrowia spełnia kryteria pomocy publicznej i wymaga zgody KE. Podobne zastrzeżenia były formułowane w 2005 roku, ale nic dwa razy się nie zdarza, o czym wie też marszałek Komorowski. Opinie te lekceważy jednak Beata Małecka-Libera z Komisji Zdrowia (PO), Według niej najważniejsze jest stanowisko urzędu Komitetu Integracji Europejskiej. Niemcy nie chcą czekać, aż szpitale pod rządami samorządów, ogłoszą upadłość. Są nimi zainteresowani już teraz. Podobnie jak stoczniami.
Wie o tym, premier, wie też prezydent. I nie chodzi tu o żaden samolot, pilota ani zapisy konstytucyjne.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)