Czy Polska w okresie PRL-u była narażona na międzynarodowy terroryzm? Niewiele wiemy z tamtego okresu, prócz pojedynczych wiadomości o porwaniach samolotów, których autorów przedstawiano jako desperatów lub chorych psychicznie, albo tych, którym nie wiedzieć czemu zamarzyła się wolność, której synonimem było hasło: Na Tempelhoff.
W rzeczywistości w latach 70 i 80 na terenie Polski zaczęli pojawiać się światowi terroryści, których jednak nikt nie rejestrował. Pisze o tym Claire Sterling, Amerykańska dziennikarka w książce; „Sieć terroru – prawda o międzynarodowym terroryzmie.W latach 80. w Warszawie swoje biuro miał jeden z najniebezpieczniejszych terrorystów świata Abu Nidala, (prawdziwe nazwisko Sabri al-Banna), odpowiedzialny za dziesiątki zamachów terrorystycznych, w których zginęło bądź zostało rannych blisko 900.Według ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Węgier, Balazsa Horvatha (źródło: „Magiar Hirlap”), w czerwcu 1990 roku na terenie PRL znajdował się obóz szkoleniowy dla terrorystów arabskich. Potem już w polskiej prasie pojawiły się relacje o Arabach widywanych w Akademii Sztabu Generalnego LWP w Rembertowie oraz w ośrodkach w Bieszczadach i na Mazurach. Rzecznicy MON i MSW zdecydowanie zaprzeczyli, jakoby Polska kiedykolwiek szkoliła terrorystów. Anonimowi oficerowie MON mieli jednak sugerować, że wszystko mogło dziać się poza oficjalnymi strukturami.
Wiadomo przecież, że wszystkie państwa bloku pomagały w szkoleniu terrorystów.
Takie ośrodki istniały w Karlovych Warach w Czechosłowacji, w Warnie w Bułgarii, nad węgierskim Balatonem, w samym ZSRR – w Odessie, Symferopolu, Taszkiencie, by nie wspominać już o NRD, szczególnie aktywnej w kontaktach z ugrupowaniami terrorystycznymi.
W 1981 roku w Warszawie, w kawiarni Canaletto hotelu Victoria, doszło do ataku związanego z międzynarodowym terroryzmem. Postrzelony został Abu Daud (Tarik), lider Międzynarodówki Terrorystycznej, jeden z założycieli bojówki Czarny Wrzesień, wsławionej masakrą izraelskich lekkoatletów podczas olimpiady w Monachium w 1972 roku. Daud, przewieziony do szpitala MSW, został następnego dnia zabrany przez NRD-owców, a polskie służby tej sprawy nie badały.
Zagrożenie terroryzmem wzrosło wiosną 1990 roku,– gdy rząd Tadeusza Mazowieckiego zdecydował się przeprowadzić operację „Most”, polegająca na tranzytowej pomocy rosyjskim Żydom wyjeżdżającym do Izraela.
W odpowiedzi ostrzelano samochód attaché handlowego ambasady polskiej w Libanie i przedstawiciela Polskiego Przedsiębiorstwa Handlu Zagranicznego Bogdana Serkisa, a działające w Libanie organizacje terrorystyczne – zwłaszcza Dżihad oficjalnie zapowiedziały zamachy na polskie misje, dyplomatów i instytucje.
Odpowiedzią na zagrożenia było powołanie specjalnej komisja międzyresortowej do opracowania planu obrony. Zagraniczne komisje fachowców od spraw terroryzmu z Wielkiej Brytanii i USA, które przyjechały do Polski , uznały, że polskie pododdziały antyterrorystyczne są dobrze wyszkolone. Doradzili więc polskiemu rządowi, by stworzył specjalną antyterrorystyczną grupę wojskową. Decyzję o utworzeniu w Polsce tajnej i wyspecjalizowanej jednostki do zwalczania terroryzmu, poza strukturami MON-u podjął ówczesny minister spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski. A polecenie jej sformowania polecił gen. Petelickiemu.Jej nazwę GROM - od mienia Gromosława Czempińskiego, szefa UOP, wsławionego w Operacji Samum.Pierwsza akcja GROM-u byłą osłona pracowników Urzędu Ochrony Państwa, którzy mieli wkroczyli do siedzib spółki Art B przy ul. Wspólnej w Warszawie. Pokonali ochronę złożoną z policjantów z brygady antyterrorystycznej lotniska Okęcie, dowodzonych przez majora Dziewulskiego. Wkrótce cz.II. - Operacja Haiti.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)