18 marca 1945 r. zakończyła się, po 10 dniach bardzo zaciętych walk, bitwa o Kołobrzeg. Toczona przez polskich żołnierzy i dla nich zwycięska, jak mało które starcie w naszej najnowszej historii. Niestety, poza Kołobrzegiem mocno zapomniana, a szkoda! Bardzo aktualne są moje słowa napisane dokładnie rok temu w pamiątkowej notce pt. "Kołobrzeg - niezapomniana rocznica Polskiego zwycięstwa" :
Syn jej wyrósł robotnik i zdrów
A wieść krąży okrutna o wojnie
Która zbliża się do nas znów.
Spij syneczku, śpij sokole
Jutro wyruszysz na pole
Na pole, na krwawy bój
A jak dobry Bóg da w niebie
To zobaczę znowu ciebie
Oj luli, luli, synku, la."
Wojna niedługo zakończy się
A dopomoże dobry Bóg,
Że z tobą Lili wezmę ślub.
Na placu boju, gdzie krew się leje,
Tam bohaterów wspaniały grób,
Tam pochowano Lili nadzieje
Z Ryśka pozostał tylko trup."
(...) Jak już wspomniałem w nocy z 8 na 9 marca przeprawiliśmy się promem przez Parsentę. Rano zawitaliśmy w Niekaninie. Łudziliśmy się, że tu wypoczniemy po trudach nieprzespanej nocy. W czasie śniadania, wpadł do nas Antoś, nasza "wtyczka wywiadowcza", ze świeżymi wiadomościami. Jeszcze dzisiaj wyruszamy na Kołobrzeg, który od strony lądu otoczony jest przez Rosjan, ale bardzo słabymi siłami. Miasto bogate, portowe. Czekamy tylko na powrót zwiadowców. Istotnie, wkrótce nastąpił wymarsz. Sztab pułku pozostał w Niekaninie. Po nieprzespanej nocy kolumny ciągną ospale. Jest pochmurno, wilgotno, chyba parę stopni ciepła. Śnieg częściowo stopniał, niemniej jednak tu i ówdzie bieleją jego płachty. Dzisiaj powiedziałbym, pogoda "gastronomiczna". Nie domyślaliśmy się, że jesteśmy już tak blisko celu, widok przesłania nam wzgórze, u szczytu którego jednostki znajdujące się na czele rozsypują się i znikają nam z oczu po przeciwnej stronie skłonu. Przyśpieszamy kroku. ze szczytu widać zdążające ku miastu tyraliery. Podążamy za nimi. Idziemy w kilku z chor. Andruszczenko, który wyraźnie prikazał trzymać się jego i nie oddalać się od dowództwa pierwszego batalionu, do którego jesteśmy przydzieleni. Mietek pozostał przy dowództwie kompanii, która jak łatwo było się domyśleć, organizowała punkt przyjęcia rannych. Pomału schodzimy w dół. Na razie sytuację oceniamy optymistycznie. Od widniejącego miasta dzieli nas około 1 km. Rozpoczyna się na razie anemiczny i nieskuteczny ogień niemiecki. Nie padając, tyraliery posuwają się nadal. Pierwsze wybuchy pocisków, słusznie oceniamy jako wstrzeliwanie się. Dowództwo przemyka się chyłkiem na lewą stronę drogi, do pobliskich zabudowań. Tam będzie się mieściło dowództwo pierwszego i drugiego batalionu oraz punkt sanitarny. Odnosimy tam kilku rannych i dołączamy do nacierających żołnierzy. Ogień niemiecki unieruchamia nasze tyraliery. Leżymy z Mietkiem Mierzwą na mokrej ziemi za jakimś pagóreczkiem. W miejscach, gdzie nie ma kałuż, żołnierze próbują się okopać. Ciężko to im idzie, bo pod warstwą błota zalega zamarznięty grunt. My, sanitariusze, z reguły nie nosimy łopatek. Zdaję sobie sprawę, że to jest błędem, ale z uwagi na charakter naszej służby, trudno przecież nadmiernie się obciążać. Leżymy, podobnie jak i inni, czekając zmierzchu. Sytuacja jest poważna. Znajdujemy się na płaskiej, równej łące. Od pierwszych budynków dzieli nas około 400 - 500 m. Większość żołnierzy nacierała wzdłuż drogi. Tam leży najwięcej nieruchomych postaci. Nawet jeśli któryś z nich żyje, to się przyczaił nie chcąc prowokować ognia grasujących snajperów. Jeszcze dalej na lewo od drogi majaczyły unieruchomione, opancerzone działa samobieżne. To efekt uprzedniego natarcia sowieckiego. Na chwilę ogarnia nas nadzieja.
- "Nie jest tak źle. Patrz! Samoloty. Szykujmy się do skoku!"
Nisko nad ziemią nadlatuje eskadra szturmowych samolotów. Widoczne są nawet rozpoznawcze znaki, czerwone gwiazdy i nasze biało-czerwone szachownice. Byłem przekonany, że atakując obronę niemiecką, umożliwią nam bezpieczne podejście.
Takie "przykrycie lotnicze" mogłoby być bardzo skuteczne. Doświadczyłem kiedyś tego na własnej skórze gdy broniliśmy (w 27 Dyw. A.K.) przejście przez tzw. "grobelkę".
Samoloty poleciały nad miasto, zbombardowały jak się później okazało port i po paru minutach powróciły tą samą trasą. Znowu w pobliżu nas raniło chłopaka. Podczołgujemy się, zakładamy opatrunek.
- "Mieciu, przy najbliższej okazji wyrywamy z tym chłopakiem. Do chałup niedaleko", powiedziałem do Mierzwy.
Zaskrzypiały znowu niemieckie trzylufowe (nie 6-lufowe ? – W.) moździerze. Leżący obok nas "Feluś", sanitariusz zerwał się jak oparzony i co sił w nogach pobiegł prosto do tyłu. Byłem już kiedyś świadkiem podobnej reakcji. Niektórzy żołnierze nie wytrzymywali napięcia oczekiwania na przylot i wybuch tych potężnych pocisków. Wypadek, o którym wspominam, miał miejsce na Wiśle. Płynęliśmy wtedy nocą łodzią. Na lewym brzegu rzeki zazgrzytały te "krowy" (niektórzy nazywali je też "szafami"), dwóch chłopaków wskoczyło do wody. Pociski poleciały na Pragę i wybuchły kilkaset metrów od nas. Piszę o tym, by podkreślić, że nie był to odosobniony wypadek. Podobno "Feluś" został zatrzymany dopiero w Niekaninie. Nie chciał nigdy wracać do tego tematu, chociaż Mietek Leonienko prowokacyjnie wypominał mu to nieraz.
Nadleciała oczekiwana z niepokojem seria pocisków. Ściana ognia, ziemi i czarnego dymu. Porwaliśmy rannego i korzystając z powstałej dymnej zasłony dotarliśmy na punkt mieszczący się w piwnicach domostwa. Piwnice zatłoczone. Pełno oficerów, fajfusi, łącznościowcy. Wania (Andruszczenko) dysponował wydzielonym kątem w jednej z piwnic. Tu opatrywał rannych. Jako felczer upoważniony był do dokonywania zastrzyków, słowem ręce miał pełne roboty.
Zbierane tu wiadomości nie były optymistyczne. Natarcie załamało się, pułk ponosił duże straty. Znaliśmy personel sanitarny batalionów. Tu procentowo straty były największe. Andruszczenko zdecydował rozsądnie, że wyjdziemy w pole dopiero o zmierzchu. Posiedziałem trochę w ciepłych lecz dusznych piwnicach, ogrzałem się, ale pomału miałem dość. Wyszedłem na dwór. Od zmierzchu dzieliły nas jeszcze minimum 2 godziny. Po przeciwnej stronie drogi zauważyłem kilku kryjących się za budynkiem artylerzystów sowieckich. Wdałem się z nimi w rozmowę. Walczyli przedtem w Finlandii, później przerzucono ich na Pomorze. O Finach, jako żołnierzach, wyrażali się z wielkim uznaniem, natomiast Niemców wyraźnie lekceważyli, czego dowodem był fakt, że rosyjskie dowództwo zdecydowało się zająć Kołobrzeg z marszu. Do miasta zbliżyli się drogą, wzdłuż której obecnie nacieramy. Została ich garstka. Swoje działo polowe, 76 mm, ustawili między drogą, a budynkiem. Nie mieli już amunicji. (...)
Całość na http://www.akowcy.de/ - bardzo ciekawe wspomnienia - polecam.





Komentarze
Pokaż komentarze (6)