Bardzo długo byłem na Boga (w wersji rzymskokatolickiej) obrażony. Bo mi nie dał, bo inaczej się umawialiśmy, bo wiedziałem lepiej, co dla mnie dobre.
Teraz myślę sobie (cytując kolegę z mityngów), że mój Bóg Jakkolwiek Go Pojmuję, mnie, kurde, lubi.
Czuję to przeżywając kolejne doświadczenia, bo przestałem dzielić je na dobre i złe, zastąpiłem to raczej wersją: lubiane i nielubiane przeze mnie. Już nie zastanawiam się, czemu właśnie mnie zdarzyło się to coś, raczej próbuję zapytać: po co mi to doświadczenie, do czego może się przydać dziś, jutro, za rok. I być może, za rok do czegoś tegoż właśnie nabytego doświadczenia użyję.
Przestałem też żądać - w zamian za to dziękuję mojemu Bogu, Jakkolwiek Go Pojmuję za to co mi dał, co mi odebrał i co mi zostawił codzienną, kilkurazową modlitwą.
Nie robię interesów z moim Bogiem, Jakkolwiek Go Pojmuję. Nie umawiam się z nim. Rozmawiam. Próbuję usłyszeć jego głos wśród słów napotkanych na mojej drodze. I tak jest łatwiej mnie. Zakładam istnienie Planu Wielkiej Zasady Wszechświata. Wiara w ten plan wystarcza.


Komentarze
Pokaż komentarze