Lubię opowiadać tę historię. Na początku trzeźwości złamałem rękę - w sensie medycznym, chodziło o dłoń. Nie stało się nic wielkiego, a jednak nie mogłem poruszać dłonią i w pewnym momencie okazało się, że nie mogłem zapiąć rozporka jedną ręką. Przypomniałem sobie swoje powiedzenie, że z jedną ręką to pod kościół. Zostałem zmuszony poprosić o pomoc swojego Synka, wtedy jakoś ośmioletniego.
Czułem się zawstydzony, zmieszany, była to dla mnie pewnego rodzaju ujma na honorze. Dla niego zaś pomoc mi była najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Prawdopodobnie dziś miałby z tym większą trudność, wtedy jednak po prostu mi pomógł.
Uświadomiłem sobie to dopiero jakiś czas później, przy okazji rozmowy z terapeutką. Zawsze rozumiałem niezależność jako swojego rodzaju niekonieczność współpracy z innymi, a niekoniecznie było to prawidłowe rozumienie. Dzięki Synowi (dziś jest już poważnym facetem nastoletnim) zrozumiałem, że tak jak naturalne jest dawanie pomocy, tak naturalne jest proszenie o nią. Ujma, co najwyżej, jest w mojej głowie. Zdrowiejącej, na szczęście.


Komentarze
Pokaż komentarze