Całe życie byłem perfekcjonistą. Mała rysa na tym, co zrobiłem i dzieło nadawało się do kosza, a i tak było to miejsce zbyt dobre dla takiego badziewia. Siebie też uważałem za „gorszy sort”, bo nawet tak prostego czegoś nie umiem zrobić, by nie spieprzyć.
Co to jest dla pana: szczęście? - zapytała mnie kiedyś terapeutka.
Odpowiedziałem, że posiadanie domu, zdrowie i tym podobne. Przy końcu terapii zapytała mnie o to samo. Ostatnio obudziłem się w nocy i spojrzałem na Żonę, jak spokojnie spała. Wyczuła, że się poruszyłem i przytuliła się. Wtedy poczułem się szczęśliwy, w tamtej chwili.
W szczęściu nie chodzi o posiadanie. Radość daje dążenie do szczęścia, a nasz mózg jest tak skonstruowany, że w momencie zaspokojenia potrzeby, szybko znajduje kolejną.
Już nie jestem doskonały i nie chcę być. Chcę tę doskonałość osiągnąć, dlatego do niej dążę. Z drugiej strony myślę, że najzdrowiej jest dla mnie pozostać w dążeniu. Osiągnięcie doskonałości odbyłoby się w mojej głowie. A ta, jak wiem z doświadczenia pijanego życia, umie naprawdę nieciekawe rzeczy wymyślić.


Komentarze
Pokaż komentarze