W ośrodku odwykowym najbardziej podobał mi się okoliczny park. Sam ośrodek mieści się w osiemnastowiecznym dworku, a ten otoczony jest ogrodem w stylu francuskim (różnych dziwnych rzeczy zdążyłem się nauczyć w życiu). Wychodziłem do tego parku w różnym nastroju i różnym towarzystwie. Chodziliśmy z przyjacielem (już nieżyjącym, niestety, zapił się) po obiedzie, robiąc z dwa lub trzy okrążenia). Chodziłem z przyjaciółką, z którą do dziś utrzymuję kontakt i czasem rozmawiamy. Chodziłem sam, rozrywany różnymi myślami i przeżyciami. Chodziłem dla zdrowia.
Bardzo lubiłem szczególnie jedną część, pomiędzy drzewami, ślicznie zieloną. Lubiłem tam stawać i wpatrywać się w tę intensywną zieleń. Potem przetykaną coraz częściej żółtymi liścmi.
To był świetny czas, jak o tym teraz myślę. Czas, w którym się nie spieszyłem, nie miałem problemów innych, poza pracą nad sobą. Moment, w którym mogłem pozwolić sobie z trzema kolegami na obserwowanie ptaków przez prawie dwie godziny i wymyślanie ich przygód, tłumaczenie zachowań. Była to świetna rozrywka, a ten czas nie wróci. I ciężko mi osiągnąć taki sam spokój. Byłem w Bieszczadach - na warsztatach AA i na wyspie Energetyk, miejscu pięknie odciętym od świata. I nawet tam nie było takiego spokoju.
Zachwytu chwilą.


Komentarze
Pokaż komentarze