Na naszym ślubie ksiądz (skądinąd dziś w Polsce dość znany ze swoich kontrowersyjnych wypowiedzi), podczas homilii przywołał przykład dzieci w piaskownicy, które bardzo często (ale i bardzo krótko) kłócą się o coś: o zabawkę, sposób zabawy, miejsce czy cokolwiek innego. Czasem dochodzi kłótnia jest większa czasem mniejsza, lecz chwilę potem dzieci bawią się znów w zgodzie. I jest dobrze, bo nie jest ważne, kto miał rację.
W małżeństwie - powiedział wtedy - nie chodzi o to, żeby było sprawiedliwie i nie chodzi o rację. Chodzi o to, żeby było dobrze. A to, samo w sobie, nie musi mieć oparcia w racji któregoś z dzisiejszych małżonków czy sprawiedliwości.
Kiedyś czytałem jedną z książek fantastyczno-naukowych i przeczytałem w niej definicję miłości, która do dziś do mnie przemawia: Miłość jest stanem, w którym szczęście innej osoby jest niezbędne dla twego własnego.
Nie twierdzę, że pokocham cały świat. Nie chcę, żeby cały świat mnie kochał. Nie jestem cukierkiem, żeby każdy mnie lubił - powiedział kiedyś mój znajomy na mityngu. Tym niemniej te dwie wypowiedzi mniej więcej określają wzajemny stosunek do siebie mój i (jak myślę) mojej Żony. Zdarza się nam posprzeczać, zdarzają się nam różnice zdań. Nawet nerwy.
Najprzyjemniej jest potem się pogodzić. I znów razem iść przez życie.


Komentarze
Pokaż komentarze