Wszystkie problemy zdrowotne związane z piciem alkoholu dopadły mnie dopiero po odstawieniu. Owszem, miałem problemy z wątrobą, wtedy przestawałem na chwilę, a gdy tylko wyniki wracały do w miarę zbliżonych do normy - znów wchodziłem w tryb „hulaj dusza, piekła nie ma”.
Poważnie zaczęło robić się jakoś po kilku miesiącach abstynencji. Wcześniej miałem co prawda wrażenie, że się rozpadam i nie wytrzymam tego. Miałem wrażenie, że alkohol był klejem, który trzymał to wszystko w kupie, a bez niego coś boli, coś strzyka, coś chrupie. Ba, nawet złamałem rękę, w sensie medycznym - znaczy palec.
Aż wreszcie pojawiło się krwawienie z przewodu pokarmowego. Diagnozowałem się długo i okazało się, że to nowotwór. Oczywiście, pytałem czemu ja, czemu mnie to spotyka. Dlaczego tak. Po wielu badaniach trafiłem na operację i okazała się ona niemożliwa, ponieważ wskutek zabiegu przedoperacyjnego mam zapalenie trzustki.
Stan zagrożenia życia. Potem przydarzył się jeszcze raz.
Okazało się, że nowotwór był nie tylko bardzo rzadki, ale również bardzo wcześnie wykryty, dzięki czemu możliwy do wycięcia w całości. Dlatego teraz bardzo cenię, co mam.
A lekarz, który mnie operował do dziś żartuje ze mnie, że widział mnie w miejscach, których ja pewnie nie zobaczę. A po wątrobie widać pana przeszłość, powiedział.
Notkę można również obejrzeć w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze