Jestem narcyzem. Nie chodzi o kwiatek, a zaburzenie osobowości, które polega na poczuciu własnej zajebistości, najprościej rzecz ujmując. Swego czasu było mi to potrzebne, bo będąc szkoleniowcem nie czułem lęku przed występami publicznymi, uwielbiając fakt, że ludzie na mnie patrzą.
Dziś rzadko sobie pozwalam na samouwielbienie, za to nauczyłem się siebie zdrowo kochać. W książce Obcy w obcym kraju jest definicja miłości mówiąca, że miłość to chęć aby temu drugiemu było lepiej niż nam samym. Mam czasem poczucie, że chcę dla siebie właśnie tak.
O ile zatem kiedyś, zanim wszedłem do pomieszczenia, najpierw próbowałem tam zmieścić swoje ego, teraz czasem mi ego brakuje. Niepotrzebnie się nie doceniam, a nawet obniżam swoją wartość. Co nie jest dobre dla mnie, a także, i może przede wszystkim, dla mojego trzeźwienia.
Nie jest łatwo utrzymywać tę delikatną równowagę pomiędzy samobiczowaniem się, a noszeniem głowy ponad chmurami. I wysoko zadartego nosa.
Lubię oglądać swoje zdjęcia z tamtego czasu. Pokazują z całą mocą, ile przeszedłem.
Notkę można również obejrzeć w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze