Szczerze powiedziawszy, nie wiem skąd bierze się ta potrzeba obrony przed wyimaginowanymi problemami, które nie istnieją. Przed wyimagowanymi krzywdami lub obawami, że krzywda się dopiero wydarzy.
Wciąż czasem tak mam, że próbuję zapobiec możliwej tragedii, a gdy ta się wydarza, okazuje się, że nie było potrzeby.
Trudno było zdać się na Boga, Jakkolwiek Go Pojmuję. Zawierzenie Mu i po prostu oddanie się woli. Było ciężko oddać pole bitwy bez walki. Nie pamiętam, kiedy się to zdarzyło pierwszy raz, gdy zauważyłem, że jest mi z tym po prostu lżej. I że naprawdę nie było o co walczyć.
Chodzi o to, że nie ma rzeczy prostych i jednoznacznych. Na przykład to, że zmieniłem pracę wydaje się pozytywne i warte każdej walki. Tylko wiąże się z tym większa odpowiedzialność, podobnie jak więcej stresu. Więcej czasu spędzanego w pracy.
Dlatego w pracy po prostu robię swoje, nie walczę, po trupach dążąc do celu, nie wietrzę spisku na każdym kroku. Wychodzę z założenia, że wystarczy robić swoje.


Komentarze
Pokaż komentarze