Zawsze uważałem, że pracuje się po to, aby żyć, a nie żyje się po to, żeby pracować. Wciąż się z tym zgadzam, lecz nigdy nie myślałem o tym, że właściwie pracuję dla siebie.
Pochodzę z tego pokolenia, które pamięta jeszcze szalejące bezrobocie, początki kapitalizmu w Polsce i posiada jakiś… szacunek do pracy. A właściwie - umowy o pracę, jako gwarancji stabilności. Dzieje się tak dlatego, że w tamtym okresie niewielu pracodawcom opłacało się zatrudniać ludzi uczciwie. Sam ludziom pracującym na etatach wystawiałem umowy o dzieło, bo firma unikała wtedy składki na ZUS, płacąc dodatkowo wyższą pensję z powodu kosztów uzyskania przychodu.
Nie jestem w tego dumny. Jest to jednak część mojej historii tak jak częścią polskiej historii jest komunizm, a zniszczyliśmy wszystkie powstałe wtedy pomniki.
Dziś zastanawiam się, że właściwie to, cokolwiek robię, nawet będąc w projekcie tak nudnym i dalekim od moich marzeń jak obecny, staram się robić w zgodzie z zasadą z Desideraty: Z sercem wykonuj swoją pracę, jakkolwiek byłaby skromna.
Z perspektywy czasu patrząc, myślę, że wykonywałem ją, choć po części, dla siebie.
Notkę można obejrzeć w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze