Czasem świat zwala mi się na głowę. Tak było na przykład wczoraj: kończyłem ostatni dzień pracy przed urlopem i dlatego siedziałem dzień wcześniej siedziałem dłużej. Zacząłem wcześniej i oczywiście pojawiło się wiele różnych dodatkowych okoliczności.
Jestem z siebie dumny, że wyszedłem o tej godzinie, o której założyłem że wyjdę. No, dobrze, dziesięć minut później, ale to niewielka różnica.
Był jednak taki moment, że zastanawiałem się, jak się wyrobię, jak dam radę. W takich sytuacjach skacze mi ciśnienie, przeskakuję między zadaniami, żadnego nie kończąc. Mam ten plus, że moje biurko daje się podnosić i opuszczać. Mogę siąść i wstać. Mogę się przejść po mieszkaniu.
W międzyczasie jednak wydarzyło się coś jeszcze. Z jedną z pracownic już się nie spotkam - ona idzie na macierzyński, a ja kończę pracę z tym projektem. Napisała mi, że bardzo mi dziękuje za to, że mogła ze mną pracować. Ładnie mi to napisała.
Zrobiło mi się miło i pomyślałem, że dam sobie radę. Jakoś pójdzie. Poprosiłem Boga Jakkolwiek Go Pojmuję by dał mi siłę i mądość. I spokój. Chyba wyszło.
Dziś myślę, że to tylko w mojej głowie wszystko się działo.


Komentarze
Pokaż komentarze