Naprawdę ciężko walczę ze swoją niecierpliwością. Uczę się jej oglądania z każdej strony na przykładzie Synów, którzy będąc nastolatkami są mistrzami niecierpliwości. Są też nowym pokoleniem, które nie lubi czekać.
Z cierpliwością jednak wiąże się dla mnie inne pojęcie: czekanie. Czas spędzony na byciu w zawieszeniu, wytężając wzrok, słuch czy co tam jeszcze potrzebne, by sprawdzić, czy już się wydarzyło. I chyba właśnie to jest najtrudniejsze w cierpliwości - ciągłe sprawdzanie, czy to już. Czy to jeszcze.
Naprawdę można od tego zwariować.
Dlatego potrzebuję zajęcia, nie mogę siedzieć i patrzeć biernie. Zyskuję podwójnie: nie czekam z założonymi rękami, zyskuję więc poczucie sprawczości, wpływania na wynik. Co jednak ważniejsze, odrywam myśli od tego, jaki będzie efekt.
Dużo pomaga mi w tym wiara w Boga, Jakkolwiek Go Pojmuję.
Wystarczy założyć, że będzie jak ma być, tak się wydaje. Trudniej zrobić. Dlatego ta walka nie jest łatwa.


Komentarze
Pokaż komentarze