Doszedłem do wniosku, że nie można BYĆ szczęśliwym. Nie oznacza to bynajmniej, że czuję się zdołowany, źle mi i uważam, że życie jest wredne.
Chodzi mi jedynie o to, że dla mnie szczęście jest chwilą, przebłyskiem, a nie stanem, w którym się znajduję. Stan to zadowolenie, spokój. Albo wyciszenie. Zależy, kto co jak rozumie, taka prawda.
Dlatego na mityngach nie lubię słuchać , że jestem szczęśliwy, że tu jestem (chodzi o bycie w konkretnym miejscu, nie we Wspólnocie). Cieszę się, że tu przyjechałem, byłoby, tak przynajmniej myślę sobie, bardziej adekwatne.
My, alkoholicy (tu akurat mogę nieco uogólnić, bo to tendencja, nie jednostkowa cecha), mamy tendencję do przesadzania. Na przykład jak wróciłem z terapii i postanowiłem trochę wymienić garderobę, nie oznaczało to tego co teraz. Znaczyło, że (conajmniej) w sobotę i w niedzielę kupowałem sobie parę koszulek - w każdym tygodniu przez parę miesięcy. Przecież nie piję, stać mnie. Wydałbym to samo na wódkę, myślałem wtedy.
Dziś, na szczęście, już nie przeliczam czegokolwiek na flaszki i szukam umiaru. Jeśli bardzo podoba mi się jakiś t-shirt, kupuję go, najpierw się zastanawiając, którą koszulkę zastąpi.
Umieć zauważyć, w którym momencie jest granica przesady, jest bezcenne. Bardzo niełatwe.
Notkę można obejrzeć w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze