24 obserwujących
80 notek
146k odsłon
  2106   0

Konstytucja sprzeczna z konstytucją

Sądownictwo i na inne sposoby przejmuje uprawnienia ustawodawcy. Tam, gdzie precedensy ustanawiane przez sąd najwyższy są wiążące dla innych sądów (w Polsce na szczęście nie), sam staje się on ustawodawcą. Takie właściwości może mieć europejski trybunał sprawiedliwości, narzucając interpretacje niezgodne i z intencją ustawodawcy europejskiego, i z ustawami krajowymi, co mu się zdarza.

Wzajemna relacja między władzami powinna być więc starannie przemyślana. Sądowa kontrola decyzji administracyjnych jest sprawą dość oczywistą. Natomiast trzeba poszukać modelu innego niż dwie patologiczne tendencje obecne. Z jednej strony sądownictwo, które według popularnej opinii samo się mianuje i kontroluje, nadużywa swoich uprawnień i pracuje w sposób dla obywateli niezadowalający. Z drugiej strony władza wykonawcza, która wyobraża sobie, że gdyby sądy po swojemu zreformowała, to by jej nie wadziły.

Naród czy przedstawiciele? 

Władza zwierzchnia w RP ma należeć do narodu (a nie do PE/KE…), który sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio (art. 4). To „bezpośrednio” ma małe znaczenie praktyczne. W rzeczywistości za sprawą przepisów szczegółowych przedstawiciele przejmują władzę od narodu, teoretycznego suwerena.

Dalej, preambuła Konstytucji mówi, że zawiera ona prawa podstawowe, oparte m.in. „na zasadzie pomocniczości umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot”. Mało kto wie, czym jest zasada pomocniczości (subsydiarności). W nazwie tej chodzi o to, że władze publiczne mają pomagać obywatelom w wykonywaniu ich zadań, a nie je przejmować. Co może zrobić jednostka, rodzina, przedsiębiorstwo, samorząd, nie powinno być zadaniem centrali. Nietrudno dostrzec, że polskie prawodawstwo oparte jest raczej na zasadzie centralizmu (wbrew art. 15, p. 1). Państwo zajmuje się wszystkim, do czego może się wtrącić, i utrudnia działalność obywatelom – najbardziej gospodarczą.

Powie ktoś, że obywatele mogą wybrać inną władzę. Otóż konstytucja, ordynacja wyborcza i inne przepisy skonstruowane są tak, żeby im to utrudnić. Kluczowe słowo znajduje się w art. 96, który głosi, że wybory do Sejmu są proporcjonalne. Prowadzi to pośrednio do ograniczenia władzy narodu na rzecz jego przedstawicieli.

Ładnie to brzmi, że każdy może mieć proporcjonalny udział we władzy ustawodawczej. Tymczasem, po pierwsze, ordynacja sejmowa wprowadza warunek uzyskania 5% głosów przez daną listę. Nazywając rzecz po imieniu, zwolennicy partii mających niższe poparcie są dotkliwie dyskryminowani przez pozbawienie i biernego, i czynnego prawa wyborczego. Notabene próg wyborczy nie dotyczy mniejszości narodowych, wbrew zasadzie równości wobec prawa (art. 32). Czym jest tak naprawdę ten próg, pokazują niedawne zmiany w ordynacji do PE: uzyskanie mandatów wymaga kilkunastu procent głosów (przez co zapewne przepadną Kukiz i Wolność, a PiS efektownie przegra z koalicją PO-N-PSL-SLD).

Następnie, proporcjonalność i próg procentowy oznaczają, że w wyborach mogą kandydować udział tylko odpowiednio duże organizacje ogólnopolskie: organizacje, a nie obywatele. W takich organizacjach warunkiem dostania się na listę kandydatów jest aprobata góry. Inaczej mówiąc, prawo do kandydowania do Sejmu, bierne prawo wyborcze, uzależnione jest od szefostwa partii politycznej czy komitetu. Takie wybory nie są już, wbrew zapisom konstytucji, bezpośrednie! A skoro tak się dzieje, władza po wyborach, tak wykonawcza jak ustawodawcza, musi trafić w ręce szefów partii. Wiadomo, że tak jest, ale czy rozumiemy przyczyny? Analogiczne patologie powstają w wyborach samorządowych, gdzie też przeważają listy partyjne.

A wracając do systemu przedstawicielskiego: państwo polskie nie jest zatem rządzone demokratycznie, lecz oligarchicznie, gdyż przedstawiciele narodu zachowują się w praktyce jak oligarchiczna grupka. Podobnie jest gdzie indziej, w tym we władzach UE. Na to nakładają się inne oligarchie: system biurokratyczny, oligarchia finansowa (korporacje i sektor państwowy), scentralizowane media. Manipulują one nieraz i rządzącymi, i rządzonymi. Wszelkie oligarchie wchłaniają też majątek, jak w starym dowcipie, że szampan to napój klasy robotniczej pity ustami jej przedstawicieli. Łączny efekt to brak demokracji rozumianej jako rządy świadomych obywateli, troszczących się o państwo jako „rzecz wspólną”, respublica – „rzeczpospolita”.

System partyjny paczy umysły obywateli, którzy myślą, że ich zadaniem jest wybranie partii, a nie swojego przedstawiciela – a potem także w wyborach do senatu i samorządów głosują na partię, nie zapamiętując nawet nazwiska kandydata. Lekarstwo na to wszystko jest znane, a są nim jednomandatowe okręgi wyborcze. Kandydat musi zdobyć większość głosów, a nie jedynkę na liście. Wskazany jest system dwóch tur, w którym po nierozstrzygniętej pierwszej w drugiej konkurują dwaj najlepsi. To mamy obecnie tylko przy wybieraniu prezydenta, burmistrzów, wójtów.

Lubię to! Skomentuj47 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka