130 obserwujących
435 notek
1458k odsłon
  198   0

Czy Unia staje się państwem?

Różni ludzie mają tu do mnie pretensje o różne rzeczy. To oczywiście bardzo dobrze; fatalnie by było, gdyby wszyscy mieli pretensje o jedno i to samo. (Można rzecz jasna wyobrazić sobie trzeci scenariusz, a mianowicie, że żadnych pretensji w ogóle by nie było, ale to odpada: pisanie rzeczy, z którymi wszyscy się zgadzają, jest moim zdaniem wyjątkowo banalnym marnowaniem czasu). I tak te rozmaite pretensje wzajemnie się znoszą, a ja – po rozpatrzeniu wszystkich skarg i zażaleń – mogę dalej spokojnie robić swoje.

Wśród takich par znoszących się wzajemnie pretensji, są te, że (1) spłycam argumenty i nie wskazuję na rozmaite detale, istotne dla sprawy („od profesora spodziewałabym się czegoś więcej” – słyszę regularnie takie zarzuty) i że (2) niepotrzebnie przyjmuję ton mentorski i belferski („Nie jest pan tu na wykładzie” – usłyszałem niedawno). No i co robić?

Dziś niestety narażę się zapewne  na ten drugi zarzut: nie będzie żarcików, ironii i sarkazmu, do którego niektórzy z Państwa zdążyli przyzwyczaić się tu, by następnie oczywiście zarzucać mi chorobliwą złośliwość. Chciałbym o czymś całkowicie serio, co w ostatnich dniach i tygodniach wyrosło na jeden z czołowych tematów debat Salonowych, a mianowicie: czy Unia Europejska powoli staje się państwem, a może nawet jakimś super-państwem?

Poświęcono temu – m.in. w polemikach ze mną – sporo miejsca, a oczywistym powodem jest przyspieszony tok pracy nad traktatem europejskim, a także – czemu gorąco przyklasnąłem – zgoda polskich władz na kompromisowy projekt Traktatu Reformującego. Jest zupełnie naturalne, że ci, którzy obawiają się jakiegoś europejskiego super-państwa wyrażają swe zatroskanie, a kierują je w tym Salonie wobec głównego dyżurnego euro-entuzjasty, czyli mnie. Muszę zresztą od razu powiedzieć, że gdyby istotnie miało powstać jakieś federalne państwo europejskie, to wcale bym się z tego nie cieszył, więc obawy sceptyków rozumiem, choć ich  nie podzielam.

A nie podzielam ich dlatego mianowicie, że w moim przekonaniu nic w obecnym Traktacie (tak samo jak i w Traktacie zaproponowanym przez Konwent, ale już porzuconym) nie zwiastuje powstania europejskiego super-państwa. Spośród rozmaitych argumentów, jakie w Salonie ostatnio zgłaszano – np. o obywatelstwie europejskim, o osobowości prawnej czy o nazwach nowych instytucji, typu Prezydent lub Minister – nic nie stwarzało zapowiedzi super-państwa.Tu jednak chciałbym skupić się na jednym – i tylko jednym - argumencie, szczególnie ciekawym i szczególnie istotnym. Jedna z internautek, „naura”, zwróciła mianowicie była mi uwagę, że nowy Traktat zawiera zasadę prymatu prawa europejskiego nad krajowym. Ja na to odpowiedziałem (w komentarzu u F.Y.M.), że to nic nowego, bo prymat ten jest już usankcjonowany w prawie europejskim od bardzo wielu lat. Naura odpodwiedziała na to odrębnym wpisem, który można przeczytać tutaj

http://naura.salon24.pl/24475,index.html 

- ja zaś Jej  odpowiedziałem, i tu chciałbym tę odpowiedź Państwu przytoczyć (z pewnymi skrótami i zmianami redakcyjnymi), bo sprawa w istocie tyczy najważniejszego bodaj zagadnienia w stosunkach między Unią a państwami członkowskimi.

Naura napisała m.in.:   

"Panie profesorze, nie jest istotne, KIEDY ustanowiono prymat prawa wspólnotowego nad prawem krajowym. Nawet, z praktycznego punktu widzenia, nie jest istotne, JAK to zrobiono. Istotne są dwie kwestie:

- rzeczywiście prawo wspólnotowe stosuje się wprost,

- Unia Europejska ma prawo STANOWIENIA PRAWA. Prawa powszechnie obowiązującego, przypominam. I to jest najważniejszy atrybut państwa: stanowienie prawa. A Pan profesor z wrodzonym sobie wdziękiem przefrunął nad istotą problemu.

Ja na to odpowiedziałem:

- wyjaśniam, dlaczego tak uczyniłem.

Po pierwsze – dlatego, że osią dyskusji była kwestia, czy to właśnie nowy Traktat (jak go nie nazwać) wprowadza elementy państwowości do Unii. Przypominam bowiem, że dyskusja dotyczyła Traktatu, a argumenty, z którymi polemizowałem, sugerowały, że Traktat wprowadza coś nowego, m.in. osobowość prawną (to osobny temat, o którym teraz nie dyskutujemy) i m.in. właśnie prymat prawa europejskiego,.W odpowiedzi na TEN argument pokazywałem, ze prymat jest przyjęty od bardzo dawna, na tych zasadach wstępowaliśmy do Unii, a Traktat jedynie ujmuje w formie przepisu to, co Europejski Trybunał od bardzo dawna realizował w praktyce, i co nigdy nie było kontestowane (poza jednym przypadkiem, a mianowicie pytania, czy prawo europejskie ma też prymat nad *Konstytucjami* państw członkowskich? Ale w tym względzie Traktat też nie dodaje nic nowego).

Po drugie – bo sam fakt, że jakiś organ ma prawo stanowienia prawa, bezpośrednio stosowanego w państwach członkowskich, nie oznacza nieuchronnie ,że staje się on przez to organem państwa. Dam przykład: orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka zawierają często takie konkretyzacje ogólnikowych przepisów Konwencji, że mogą być traktowane jako nowo-ustanowione prawo. Jest to nieuchronne: np. wyjaśnienie przez Trybunal, czego dotyczy zasada domniemania niewinności (art. 6 Konwencji) w istocie ustanawia prawo, że zasada ta może być tez złamana przez organy administracyjne, a nie tylko sądy. Otóż to prawo ma prymat nad prawem krajowym i jest bezpośrednio stosowane – ale Rada Europy (której organem jest Trybunał w Strasburgu) nie stała się przez to państwem.

Lubię to! Skomentuj66 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale