Blog
Daleko blisko
Wojciech Sadurski
Wojciech Sadurski prawnik, publicysta, pracuje...
132 obserwujących 435 notek 1437988 odsłon
Wojciech Sadurski, 25 lipca 2007 r.

Moje obsesje

Po moim wczorajszym wpisie na temat Karty Praw Podstawowych zadzwonił do mnie Przyjaciel z Polski żeby zgłosić pretensje, ale nie dotyczące głównego tematu wpisu lecz „PS”, w którym  nawiązałem do wyznania Pana Adama Wielomskiego, że strasznie chciałby „pałować” ludzi (nie jakichkolwiek, na szczęście, ale tylko tych, ktorzy używają symboli narodowych w okolicznościach, zdaniem Pana Wielomskiego, niestosownych).

Przyjaciel, chcąc oszczędzić mi publicznego despektu, powiedział m.in. co następuje (streszczam z pamięci, bo tym razem Przyjaciela potajemnie nie nagrywałem): „Wojtek, daj se luz, to się robi jakaś obsesja. Chyba trzeci raz zaczepiasz już tego monarchistę [Pana – przyp. WS] Wielomskiego. Ty siedzisz za granicą, wydaje Ci się że jak ktoś coś napisze, to u nas od razu wszyscy o tym mówią. A to jest przecież całkowicie niepoważne towarzystwo, trochę jak wyznawcy teorii płaskiej ziemi, nikt tego nie traktuje poważnie, tylko ty. Więc już się nie kompromituj i przestań pisać o takich pierdołach” – przepraszam za brzydki wyraz, ale chciałem oddać Państwu poetykę tej rozmowy, a tak właśnie moi Przyjaciele często do mnie mówią, nie bacząc na etykietę i dobre obyczaje. 

Zadumałem się nad tymi sugestiami. A ponieważ znów przez nasz Salon24 przechodzi fala introspekcji na temat Salonu właśnie, doszedłem do pewnych wniosków bardziej ogólnych, z ktorymi pragnę także z Państwem się podzielić. 

Otóż punktem wyjścia jest to, że ja ten Salon traktuję najzupełniej poważnie. Niech nikogo nie zmyli ironiczna i prześmiewcza czasem forma (przyznaję, nie zawsze najlepszego sortu) – to jest, dla mnie w każdym razie, miejsce, gdzie dzieją się rzeczy bardzo ważne. Bo w ogóle dla mnie mówienie o sprawach zbiorowych, publicznych – jest zapewne najistotniejszą rzeczą, jaką uprawiają dorośli ludzie. Może jest w tym jakieś skrzywienie zawodowe, nie wiem, ale ja to traktuję jako jedną z najważniejszych rzeczy, jeśli w ogóle nie najważniejszą. 

Mówienie jest dla mnie realizacją wolności słowa, ale nie dla samego mówienia. Mówienie o sprawach publicznych po to, żeby usłyszeć swój głos, jest dla mnie perwesją. Mówienie o sprawach publicznych po to, by bawić sie blyskotliwym argumentem, jest niegodne dojrzałego człowieka. Mówiąc o sprawach publicznych, myślimy (a w każdym razie powinniśmy myśleć) o konsekwencjach naszych słów, gdyby nasze słowa stały się cialem. Bo, jak powiedział pewien wielki sędzia amerykanskiego Sądu Najwyższego na początku XX wieku, „Każda wypowiedź jest nakłanianiem do czegoś”. 

Innymi słowy – mówienie tylko po to, by wydawać z siebie dźwięki lub widzieć swe słowa na ekranie – jest niegodne dorosłych ludzi. A wolność słowa, która umożliwia nam tę praktykę, służy poważniejszym celom, niż tylko zaspokojenie ludzkiej potrzeby paplania. 

A zatem gdy tu przychodzi ktoś, kto nam chce tę wolność odebrać – traktuję to ogromnie serio. Bo ja tu toczę bardzo interesujące debaty (tak mi się w każdym razie wydaje) np. z FYM albo Aminem na temat uzasadnień i granic demokracji – a ktoś przychodzi i chce przewrócić stolik, na którym my sobie cierpliwie nasze idee nakreślamy. Innymi słowy: wykorzystuje demokrację, wolność słowa, po to właśnie, by nam tę demokrację i wolność słowa odebrać. I ja mam na to nie reagować? Ja mu nie chcę jego wolności słowa (także wykorzystywanej dla krytyki wolności słowa) odebrać – ale ja nie mogę zostawić jego nienawiści do demokracji bez odpowiedzi, bo on mi wreszcie tę wolność zabierze. 

Może przesadzam? Kilka dni temu (21 lipca) pan Adam Wielomski napisał, w odpowiedzi na pytanie, jakiego ustroju chciałby dla Polski: 

Chcieć to ja sobie mogę... Ale oczywiście bym chciał Franco lub Pinocheta dla Polski, czyli formuła katolicyzm + autorytaryzm + wolny rynek.” 

Proszę wczytać się w to zdanie. W moim słowniku oznacza to ni mniej ni więcej, że gdyby ideał społeczny pana Wielomskiego, propagowany na jego blogu, się ziścił, to my byśmy już tu więcej w Salonie tak nie debatowali. A w każdym razie – debatowalibyśmy tylko w tym zakresie, w jakim zgodziłby się na to Pan Wielomski lub inny wytęskniony przez niego dyktator. No bo co oznacza „autorytaryzm” jeśli nie ograniczenie wolności ludzkich do takiego tylko zakresu, na jaki zgadza się władca? (No, chyba że ma za krótkie rączki i Internetu ocenzurować nie potrafi – ale to marna pociecha, bo będzie nam uprzykrzać życie na inne sposoby). I co oznacza odrzucenie demokracji jak nie to, że nasze wolności, nasze możliwości współ-decydowania o własnym losie, nasze prawa obywatelskie, pozostaną tylko w tym zakresie, w jakim spodoba się to władzy? Że nie będą nam zagwarantowane, ale przyznane z dobrej woli despoty, który będzie mógł zawsze nam je cofnąć?  

Chcą wiedzieć Państwo, jaką reakcję spowodowała powyższa deklaracja Pana Wielomskiego? Napisał „jewropejczyk”: 

O tak połączenie katolicyzm + autorytaryzm + wolny rynek pod wodzą polskiego Pinocheta/Franco byłoby świetne. Ale na dzisiaj nie realne”. 

I oczywiście, sądzą Państwo, rozpętała się burza? Internauci, w obronie choćby swego prawa do nieskrępowanego wyrażania swych pogladow na blogu, zareagowali oburzeniem i potępieniem? Nic z tych rzeczy. Cisza. Koniec dyskusji. 

No dobrze, nie będę udawał naiwnego i twierdził, że naprawdę obawiam się, że radykalni anty-demokraci dojdą w Polsce do władzy. Nie dojdą. Nawet wczorajsza informacja pewnego koliberka, który zaćwierkał z przejęciem, że prezes Popiela nawiązał rozmowy z panem Jurkiem na temat „koalicji przedwyborczej” (cokolwiek by to miało znaczyć) jakoś mną nie wstrząsneła. Może powinna – ale nie. 

Ja się boję czegoś zupełnie innego. Boję się tego, że także wśród zupełnie normalnych ludzi, uważających się skądinąd za demokratów i zwolenników wolności słowa, rozejdzie się pod wpływem radykałów taka oto myśl, że chociaż „oni”, ci radykałowie, oczywiście przesadzają, no ale coś w tym jednak jest, prawda przecież leży pośrodku, z tą demokracją i prawami obywatelskimi też nie można przesadzać... itp. Itd 

I otóż boję się, że obecność radykalnych poglądów na marginesach wpłynie też trochę na „mainstream”, tak jak mała ilość smrodliwego płynu wlana do czajnika z herbatą zasmradza cały napój. Nie, nie chodzi tu o subtelne dyskusje nad uzasadnieniami i granicami demokracji, takie jak sobie tu toczymy z FYM, Aminem i innymi. Chodzi o społeczne przywolenie na poglądy nienawistne wobec wolności (podkreślam: nie chodzi mi o prawną możliwość, ale o spoleczną akceptację). Bo na końcu jest coś bardzo, bardzo nieprzyjemnego. Tylko że wtedy już jest za późno na dalsze subtelne dyskusje o demokracji. Wtedy jest już w ogóle za późno. 

I – teraz będę najzupełniej poważny, a nawet może pompatyczny, choć normalnie staram się tego tonu unikać – ja po prostu tego Mojej Ojczyźnie nie życzę.   I stąd moje obsesje.
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Autorka Droga i Szanowna Pani Przez stara sympatie zamieszczam komentarz, choc generalnie nie...
  • @Autor Wariactwo nt falszerstw ma charakter profilaktyczny. Nie chodzi o wybory samorzadowe, ale...
  • @Autor W Salonie24 juz nie pisze. Moj staly blog jest obecnie w portalu naTemat.pl. O sprawie...

Tematy w dziale