Blog
Daleko blisko
Wojciech Sadurski
Wojciech Sadurski prawnik, publicysta, pracuje...
132 obserwujących 435 notek 1437988 odsłon
Wojciech Sadurski, 11 sierpnia 2007 r.

Rękopis znaleziony w Kabanossie: "Obraz Salonu: sercem gryzę"

Obiecałem Państwu, że zrobię sobie urlop od Salonu – tak się w istocie stało i ten wpis jest tylko króciutką, jednorazową przerwą w urlopie: zamierzam znów Was opuścić za chwilę i już naprawdę Państwa nie będę absorbować sobą (ani na odwrót) przez jakiś czas. Ale przytrafiło mi się coś bardzo ciekawego, co skłoniło mnie do powrotu na chwileczkę i na ten jeden jedyny raz – tym bardziej, że pomyślałem sobie, że może niektórzy z Państwa chcą na chwilę odpocząć od polityki, która – jako ten pocałunek - zaczyna nas powoli pożerać („pocałowaniem wszczepiłem w dusze / jad co was będzie pożerać…).

Spacerując nadmorskim bulwarem w pięknej włoskiej miejscowości Cabanossa (w spolszczeniu: Kabanossa) znalazłem na chodniku zmięty zwitek zapisanych gęsto kartek, najwyraźniej zgubionych, a może celowo wyrzuconych przez pospiesznego przechodnia. Po powrocie do pensjonatu, przezwyciężywszy szybko opory natury moralnej, zacząłem czytać: już pierwsze słowa uświadomiły mi – cóż za zbieg okoliczności! – że tekst jest po polsku. Rękopis nosił tytuł nieznośnie pretensjonalny: „Obraz Salonu: sercem gryzę”. Abstrahując od napuszonego tonu, nieporadna składnia tytułu pozostawiała wątpliwości, czy autor (kimkolwiek on był) gryzł sercem obraz czy też Salon.

Z dalszej lektury wynikało, że chyba to drugie; w sumie był to dość nieskładnie sklecony opis jakiegoś warszawskiego salonu, do którego autor miał najwyraźniej ambiwalentny stosunek: serdeczny ale i zgryźliwy (stąd owo: sercem gryzę). Ale oddajmy głos autorowi (uprzedzam, że tekst jest długi, a kto nie chce, niech nie czyta):

 

„W samym środku Salonu stoi tron – no, może niezbyt imponujący, chyba z IKEI, ale za to siedzi na nim prawdziwy Król: zażywny jegomość z koroną (chyba tekturową) na skroniach i berłem w ręku. Nazywa się Jaśnie Oświecony Alojzy Wielopolski i co drugi dzień, a czasem co dzień, wygłasza długą mowę tronową. Zawsze przypomina, że upadek ludzkości rozpoczął się od całkiem nieprzemyślanego i nieroztropnego zniesienia niewolnictwa; zniesienie pańszczyzny było już gwoździem do trumny rodu ludzkiego, bo dziewki folwarczne i chłopcy stajenni wpadli na zuchwały pomysł, by uczyć się alfabetu, co doprowadziło w końcu do największej tragedii w dziejach ludzkości, czyli d***kracji. Mimo tej ponurej historiozofii, Król dostrzega kilka jaśniejszych punktów na horyzoncie, które najwyraźniej wprawiają Go w lepszy humor: Franco, Pinocheta i Jaruzelskiego, a to dlatego, że Król Alojzy I lubi męską krzepę i tężyznę fizyczną, którą przypisuje tym pięknym herosom, a poza tym uważa, że władza pochodzi od Boga. Nie jest jeszcze ustalone, czy zdaniem Króla władza Jaruzelskiego pochodziła bezpośrednio od Stwórcy czy też spłynęła nań za pośrednictwem Związku Sowieckiego, ale o tym może będzie w przyszłych mowach tronowych.

Tak czy inaczej, wokół Króla zbiera się mała ale oddana grupka poddanych. Przed Monarchą klęczy wierny „czeladnik”, wpatrujący się w Króla z czułą miłością i mówiący mało ale dosadnie, jak to na „czeladnika” przystało (nie bardzo wiadomo, jakim właściwie rzemiosłem ów czeladnik się para; raz zapytany, rzucił gniewnie: „Jestem kowalem własnego losu” i nie jest jasne do dziś, czy to było dosłownie czy w przenośni). Czeladnik bezgłośnie rusza ustami w czasie mowy Króla, jak czynią w trakcie lektury ludzie nienawykli do częstego czytania: prawdopodobnie powtarza co cenniejsze myśli Alojzego I. Obok stoi „hamerykańczyk” – chyba najsympatyczniejszy z tego całego towarzystwa, no i najmądrzejszy (nie licząc samego Władcy, rzecz jasna), bo właśnie ukończył pierwszy rok studiów, co prawda prawniczych ale zawsze. Hamerykańczyk rzuca gromy głównie na Eurokołchoz, d***krację i lewactwo, ale ostatnio czyni to raczej rytualnie i jakby bez przekonania (co Jaśnie Oświeconemu Monarsze wartałoby poddać pod rozwagę). Nad głową Suwerena fruwa „prawy kaNarek”, który z wściekłością wyćwierkuje długie monologi, których cechą jest to, że nie mają kropki i ciągną się tak długo, aż ktoś kaNarka nie przegoni; zresztą jeden taki fragmencik sobie wypisałem, o (jak zwykle) lewakach: „szacunku do prawdziwej WOLNOŚCI trudno się w ich zamordystycznie totalitarnym obyciu postkomunistycznym doszukać, a że śladami socjotechniki marksistowskiej relatywistycznie wynaturzają wszystko co popadnie na własne hipokryzyjne kopyto, to akurat w ich bolszewickim przypadku norma…” (dalej nie usłyszałem, bo kaNarek odleciał, ale chyba ćwierkał dalej, bo widziałem że dziubkiem ruszał).

Po prawej stronie od drzwi stoi przystojny, ubrany w angielski tweedowy garnitur i pachnący elegancką wodą „Old Spice” gentleman znany jako Bless Your Soul. Bless jest szanowany nie tylko przez wzgląd na erudycję i przenikliwe analizy, ale także i dlatego, że często posługuje się trudnymi do zrozumienia zwrotami cudzoziemskimi (jako to: „Take it easy”, „Oh, well”, albo „Indeed”), co wprowadza do Salonu powiew wielkiego świata. (Często używa też niezrozumiałych skrótów, np. BTW: jedni twierdzą, że to znaczy „Bardzo Tobie Współczuję”, albo „Boże Ty Widzisz?” albo „Brak Tobie Wykształcenia”; niewykluczone jednak, że jest to skrót angielskiego wezwania „Begin The Worship” albo „Bring The Wine”). Nie jest wszakże Anglikiem, bo czasem daje do zrozumienia, że wywodzi się ze starej szlacheckiej rodziny, nie wiadomo jednak jakiego herbu, a złośliwych supozycji na ten temat nie będę nawet powtarzał.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Autorka Droga i Szanowna Pani Przez stara sympatie zamieszczam komentarz, choc generalnie nie...
  • @Autor Wariactwo nt falszerstw ma charakter profilaktyczny. Nie chodzi o wybory samorzadowe, ale...
  • @Autor W Salonie24 juz nie pisze. Moj staly blog jest obecnie w portalu naTemat.pl. O sprawie...

Tematy w dziale