Ech, młodzi... Wy to czytacie te swoje podręczniki do historii, oglądacie rocznicowe akademie i naprawdę wierzycie, że w osiemdziesiątym dziewiątym to jakiś system „upadł”. Jaki upadek, ja się pytam? Toż to była najlepsza restrukturyzacja korporacyjna w dziejach! Siadajcie, posłuchajcie starego psa. Zaczynałem niewinnie, z czerwoną opaską ORMO na ramieniu. Potem w ZOMO trochę się człowiek namachał pałą w imię ludowej sprawiedliwości, aż w końcu docenili zaangażowanie i przenieśli do ciepełka – do Służby Bezpieczeństwa. Znam ten aparat od podszewki. I powiem wam jedno: ten cały wasz „koniec komuny” to był dopiero początek naszych prawdziwych karier.
Wy myślicie, że partyjna nomenklatura w PRL-u to miała raj na ziemi? Śmiać mi się chce z tej legendy! Co myśmy mieli za te straszne „przywileje”? Talon na Malucha bez dziesięcioletniej kolejki, trochę szynki Krakusa ze sklepu „za żółtymi firankami”, darmowe wczasy w Bułgarii i daczę nad Śniardwami zrobioną z płyt wiórowych. To było to legendarne uprzywilejowanie? Przecież to była bieda z nędzą, tylko odrobinę lepiej przypudrowana niż to, co miał robotnik w Ursusie! Prawdziwy oddech złapaliśmy dopiero, jak system „upadł”. Uwłaszczenie nomenklatury – to dopiero brzmi dumnie. Wczoraj dyrektor państwowego zjednoczenia, jutro prezes i główny udziałowiec prywatnego holdingu. Fortuny, panie dziejku, rodziły się w cieniu okrągłego stołu. Kiedy wy, naiwni, sterczeliście na mrozie i śpiewaliście „Mury”, myśmy w ciepełku u notariusza przepisywali na siebie majątek państwowy.
A to całe dzisiejsze kumoterstwo? Nepotyzm? Gdzie nam z naszymi PRL-owskimi standardami do dzisiejszej władzy! Wtedy, jak bratanek pierwszego sekretarza partii dostawał po znajomości posadę kierownika Gminnej Spółdzielni w Pcimiu, to był szczyt układów. A dzisiaj? Dzisiaj to jest dopiero rozmach! Odprawy w spółkach skarbu państwa liczone w milionach za dwa miesiące „pracy”, krewni i znajomi królika poupychani w radach nadzorczych fundacji, agencji i instytutów. Kiedyś załatwiało się synowi etat referenta w urzędzie, dziś synalek bez matury dostaje pensję, jakiej ja w resorcie przez dwadzieścia lat nie naoglądałem.
I co najważniejsze – wtedy mieliśmy luksus, o którym dzisiejsi aparatczycy mogą tylko pomarzyć: absolutną ciszę! Nie było tych waszych internetów, smartfonów ani lokalnych portali śledczych. Była „Trybuna Ludu” i telewizyjny Dziennik. Cenzura z ulicy Mysiej dbała o higienę umysłową narodu. Jak towarzysz dyrektor po pijaku wjechał służbową Wołgą w przystanek, to następnego dnia rano przystanku nie było, a Wołga lśniła nowym lakierem z zaprzyjaźnionego warsztatu milicyjnego. Nikt o tym nie pisał. A dziś? Każdy wójt, każdy radny ma na karku jakiegoś redaktorka z dyktafonem, który zaraz wrzuci do sieci, że szwagier burmistrza wygrał przetarg na wywóz śmieci. Myśmy się dziennikarzami nie przejmowali – myśmy ich po prostu mieli w teczkach, jako Tajnych Współpracowników.
Dlatego, jak tak patrzę na to wszystko z perspektywy mojego bujanego fotela, to uśmiecham się pod wąsem. Zmiany wyszły nam wszystkim na dobre. Wam, bo możecie sobie narzekać w internecie na kogo chcecie, i nam, bo wreszcie mamy pieniądze, żeby żyć jak biali ludzie. A zwłaszcza cieszy mnie to dzisiaj, kiedy poczta przyniosła pismo z ZUS-u. Przywrócili mi tę moją wypracowaną w pocie czoła (i na plecach opozycji) esbecką emeryturkę. Z wyrównaniem! Sprawiedliwości dziejowej po latach tak zwanej „dezubekizacji” w końcu stało się zadość. Wy macie swoją demokrację, a my mamy swoje wille i pełne konta. I kto tu, panie dziejku, wygrał ten cały kapitalizm?
No, to po maluchu. Za wolną Polskę!




Komentarze
Pokaż komentarze (3)